Na tej stronie korzystamy z cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia w przeglądarce internetowej

OK
8 grudnia 2016

Anna Zaradny opowiada w Bunkrze o wielkich kobietach: pionierce polskiego modernizmu, wybitnej polskiej kompozytorce i mistyczce, która stała się katolicką rewolucjonistką

Anna Zaradny to bezkompromisowa artystka, która swoją działalność traktuje jako misję. Tworzy eksperymentalną muzykę i konceptualne instalacje, często łącząc oba światy w postaci sound artu. Koncertuje na całym świecie, a swoje prace wystawiała w prestiżowych galeriach i muzeach, m.in. w MSN-ie i Zachęcie w Warszawie oraz KW Institute for Contemporary Art i Silberkuppe w Berlinie. Niedawno mogliśmy usłyszeć ją na festiwalu Sacrum Profanum, a do 11 grudnia w krakowskim Bunkrze Sztuki trwa jej pierwsza retrospektywna wystawa, której zwieńczeniem będzie wydanie książki monograficznej poświęconej dotychczasowej twórczości Zaradny. Na tej ekspozycji możemy przechodzić przez ściany, zaglądać do betonowego cylindra, wejść w spiralę, poobcować z cieczą nienewtonowską, czy dać się uwieść muzyce awangardowej.

tekst: Karol Owczarek

Na wystawie „Rondo znaczy koło” w Bunkrze Sztuki przywołujesz postaci kobiet niezależnych, robiących coś niezwykłego. Skąd taki wybór?

Obecność kobiet twórczyń to jeden z wielu wątków, który podejmuję na tej wystawie. Wynika to z kontekstów, narracji i relacji, które wydobywam pomiędzy postaciami, formą, materiałowością oraz pozornie odległymi koncepcjami, np. ideami architektury brutalistycznej, muzyki średniowiecznej, współczesnej i eksperymentalnej, soundartu oraz specyfiki płci. Wystawa składa się zatem z bardzo różnych odniesień i medialnych interwencji, ale kwestia płci i wzorów postaw życiowych reprezentowanych przez moje bohaterki i bohaterów, ich bezkompromisowość i wizjonerskie spojrzenie, wysuwają się momentami na plan pierwszy.

Dlaczego właśnie te kobiety – średniowieczna mniszka i kompozytorka Hildegarda z Bingen,  architektka i projektantka modernistyczna Krystyna Tołoczko-Różycka i XIX-wieczna pianistka Tekla Bądarzewska?

Przede wszystkim przywołuje, czy raczej odwołuję się do twórczości m.in tych kobiet, z którymi miałam przez lata pewnego rodzaju relacje ideowe, formalne, estetyczne i biograficzne. Jednocześnie wskazuję, że dziedziny, w których się realizowały, epoki oraz otoczenie, w których żyły, zdecydowanie nie sprzyjały ich wyborom egzystencjalno-zawodowym. Tym samym pragnę zaznaczyć bardzo silny imperatyw przetrwania u bohaterek i spełniania się wbrew przeciwnościom i nastrojom. Można (choć nie trzeba)  to intuicyjnie odczytać jako szerszą  refleksję na temat miejsca kobiet w historii i kulturze, które na przekór trudnościom oraz wymazywaniu ich z oficjalnej narracji i przestrzeni publicznej tworzyły własny inspirujący świat. Z pewnością warto upomnieć się o należne im miejsce w naszej kolektywnej świadomości, oddając jednocześnie szacunek ich determinacji i niezłomności w kreowaniu wyjątkowych projektów intelektualno-estetycznych wbrew zastanemu porządkowi.

z mojego okna widaÜ wszystkie kopce_4

Architektka Krystyna Tołłoczko-Różyska w holu głównym Miejskiego Pawilonu Wystawowego w Krakowie, lata 60. XX wieku, autor nieznany, Archiwum Galerii Bunkier Sztuki w Krakowie

Czy możesz podać przykłady?

W dwóch z prac na wystawie przywołuję Hildegardę z Bingen, średniowieczną mistyczkę, naukowczynię, ale dla mnie przede wszystkim progresywną kompozytorkę, która wyprzedzała swoją epokę. Posiadała większą wiedzę i umiejętności, niż większość ówczesnych uczonych mężczyzn. To wszystko przyniosło jej uznanie, szacunek i władzę za życia, również poza własnym klasztorem, na dodatek została świętą Kościoła Katolickiego. Absolutnie protoplastka feminizmu, mając poparcie Stolicy Apostolskiej, podjęła się subtelnej krytyki ówczesnego duchowieństwa oraz postulowała zwiększenie roli kobiet w życiu społecznym. Reformatorka, nietuzinkowa kobieta. Kolejną ważną figurą kobiecą jest Krystyna Tołłoczko-Różyska, pionierka polskiego modernizmu, architektka, projektantka. Autorka m.in. brutalistycznego budynku Bunkra Sztuki w Krakowie – jedna z nielicznych kobiet, której udało się odnieść sukces w profesji w zdecydowanie  zmaskulinizmowanym świecie architektów. Jej kontekst jest kluczowy w odniesieniu do mojej pracy z tkanką, strukturą budynku, ale również jej projektów dizajnu (meblowych), mody i wątków twórczych idei, które zmaterializowałam kilka lat temu w postaci obiektu audiowizualnego „BruitBrut” do kolekcji Bunkra Sztuki. Tym razem pogłębiłam wątek architektki i brutalizmu. Kobieta niezłomna. Tekla Bądarzewska to natomiast  XIX-wieczna pianistka, kompozytorka utworów salonowych na fortepian. Postać zapomniana, mimo że jej imieniem został nazwany krater na Wenus (z inicjatywy Międzynarodowej Unii Astronomicznej). Jej wątek również podjęłam kilka lat temu, w instalacji site specific w Galerii Starter, mieszczącej się przy skwerze jej imienia. Postać zmagająca się za życia z niedocenieniem, a wręcz bezlitosną krytyką. Zawód kompozytora w XIX-wiecznej Europie był postrzegany jako typowo męski. Do kobiet komponujących muzykę krytycy podchodzili z pobłażliwością, określając ich utwory jako zbyt „kobiece”. To pejoratywne określenie implikowało cechy takie jak przesadna delikatność, naiwność, brak siły wewnętrznej czy kreatywności. Dość kuriozalne prawda? Bądarzewska zmarła przedwcześnie w wieku 32 lat, nie doświadczyła rozwoju feminizm u końca XIX w., ale wbrew wszystkiemu udało jej się uzyskać na skalę światową ogromną popularność i trwałe uznanie pozamuzycznego świata. Na wystawie materializuję jej obecność w sposób metaforyczny poprzez pewną fizyczną substancję. W jednej z prac, monumentalnej spirali, symbolicznie ukrywam Katarzynę Kobro, jedną z najwybitniejszych rzeźbiarek 20-lecia międzywojennego. Nie jest wymieniona w folderze, można się dowiedzieć o jej obecności tylko podczas oprowadzań kuratorskich. Była jedną z  najtragiczniejszych postaci w polskiej historii sztuki XX wieku. W wyniku perturbacji życiowych sztuka, którą uznawała za najważniejszą w życiu, nieuchronnie schodziła na dalszy plan. Ikoniczna artystka. Spajam te postaci i ich twórczość własną narracją i formą kompozycji przestrzenno-dźwiekowo-wizualnej.

A co z pojawiającym się na ekspozycji mężczyznami – Lutosławskim i Stockhausenem?

Zarówno Lutosławski, kompozytor współczesny, pianista i dyrygent, jak i Stockhausen, jedna z najbardziej prominentnych postaci współczesnej awangardy muzycznej, w mojej ocenie emanowali czymś w rodzaju specyficznej wrażliwości. Zdecydowanie mieli w sobie silne kobiece pierwiastki i to mnie ujmuje na poziomie ich twórczości, obecności. Ich męskość jawi mi się jako nieoczywista i dwuznaczna. Myślę, że w każdej z przywołanych przeze mnie postaci  mamy do czynienia ze wzajemnym przenikaniem się tych cech, pierwiastków zarówno kobiecych, jak i męskich. Tak ich definiuję. Symboliczny w tym kontekście jest na wystawie obiekt-spirala wykonany z lnu. Gdy badałam kwestię jego materialności, okazało się, że kwiat lnu jest dwupłciowy i jednodniowy. W ten sposób połączyły się ważne dla mnie wątki płynnej tożsamości seksualnej. Sama mam w nazwisku męską końcówkę, to też wprowadza pewne zaburzenie.

Znamienne jest to, że o ile nazwiska Lutosławskiego i Stockhausena kojarzy każdy, to twoje bohaterki nie są aż tak znane.

Jest to niezmienna sytuacja kobiet, które wciąż muszą sobie wywalczać oczywiste kwestie. Cieszy mnie że jestem zapraszana na wielkie międzynarodowe festiwale i liczę, że dzieję się tak ze względu na uniwersalny aspekt i wartość mojej muzyki, a nie płeć. Dysproporcje są jednak ogromne; często w  line-upie zdarza się zestawienie 2 twórczyń na 20 twórców. Wszystko również zależy od kraju i środowisk. Zauważam stopniowe zmiany, ale to długi proces.

Jak temu zaradzić? Parytety? Uświadamianie?

Parytety nie zawsze są rozwiązaniem, jednak porządkują sytuację i uzmysławiają, że jak duże są nierówności, i że trzeba z nimi walczyć. Zdarza się, że oficjalnie preferowany jest język politycznej poprawności, a w kuluarach  wciąż wracamy do schematów i deprecjacji. W decyzjach kuratorskich wystaw czy festiwali oprócz idei, koncepcji, jakości programowych powinna być obecna podstawowa myśl o dbałości i szacunku do twórczości kobiet za ich życia. Szczególnie teraz – mimo że mamy XXI wiek, zmagamy się z narastającymi z prędkością światła degradującymi zjawiskami w traktowaniu kobiet. To wszystko jest bardzo kruche. Musimy o to walczyć wspólnie.

W zetknięciu z twoją eksperymentalną muzyką czy konceptualnymi, wielowątkowymi pracami można uznać twoją twórczość za trudną w odbiorze, skomplikowaną, niszową. Czy ty też tak ją widzisz?

Mam określony język, styl  charakterystyczny dla moich kompozycji, koncertów  czy prac wizualnych. W mojej ocenie nie tworzę sztuki niezrozumiałej, „trudnej”.  Nazwałabym ją wymagającą – uwagi, wysiłku intelektualnego, wiedzy, otwartości i gotowości na doznania. Daję odbiorcy wybór, może podążać za mną na poziomie formy i doznań zmysłowyc , sensualnych, ale może też odbyć intelektualną wędrówkę, by pogłębić doświadczenie i zmienić perspektywę percepcji. Chcąc być w zgodzie sama ze sobą, nie zanurzam się w kompromisach, to naturalne i oczywiste, wynikające z mojego doświadczenia, drogi życiowej i twórczej. Jednym z kluczy do doświadczenia mojej wystawy jest możliwość zmiany pozycji ciała, uruchomienia go w percypowaniu zmysłowym prac. Co w tradycyjnym pojmowaniu i świadomości własnego ciała czy reakcji jest dość obostrzające. Zależy mi na tym, by widz wszedł w szczególną interakcję z pracą, wniknął w nią z otwartością i ciekawością czy naiwnością dziecka. Na tej ekspozycji możemy przechodzić przez ściany, zaglądać do betonowego cylindra, wejść w spiralę, poobcować z cieczą nienewtonowską, czy podążać dać się uwieść narracji muzyki awangardowej. Wychodzę z założenia, że każdy jako odbiorca ma potencjał,  ale niewykształcony w pełni może mieć aparat percepcji, który można kształtować niezmiennie pod warunkiem, że się otworzymy na nowe doznania. Jednocześnie pracując nad wystawą, zadbałam o przenikanie się licznych warstw akustyczno-wizualnych, których odbiór zmienia się, tak jak zmienna jest rotacja ciała w przestrzeni.

Wersja cyfrowa twojego najnowszego albumu „Go Go Theurgy” kosztuje na Bandcampie 777 euro, winyl – 17.  Mimo że tworzysz muzykę na komputerze, jesteś aż tak bardzo przywiązana do analogowych nośników?

Winyl to jakość, to historia, nośnik o wielu walorach, wreszcie obiekt. Komputer jest moim narzędziem kompozytorskim i instrumentem, ale wszelkie dźwięki i składniki kompozycji pochodzą z syntezatorów analogowych. W związku z tym ten nośnik wydaje się być naturalnym przedłużeniem percypowania syntezatorowych brzmień. Proces komponowania, zabiegi kompozytorskie, następnie laboratoryjny wręcz mastering, wybór najlepszych osób do współpracy, najlepsza tłocznia – to szacunek do własnej pracy, jak i odbiorców mojej twórczości. Projektowanie warstwy wizualnej, druk okładki. To są niezbędne parametry. Bardzo długa, skomplikowana, czasochłonna i kosztowna  droga powstawania dzieła na tym nośniku.  Traktuje to jak dzieło, które upowszechniam na innych zasadach ekonomicznych niż to się dzieje w przypadku dzieł sztuki wizualnej. Na Bandcampie nie można sprzedawać muzyki bez cyfrowej wersji, więc musiałam go przechytrzyć i wpisałam tę absurdalną cenę. Pliki cyfrowe w przeciwieństwie do płyt winylowych podlegają przyspieszonej reprodukcji i cyrkulacji w środowisku sieciowym. Zależało mi na żartobliwym ujęciu tego tematu i sprowadzeniu pliku cyfrowego do obiektu o unikatowej ekskluzywnej aurze w przeciwieństwie do jego prawdziwej natury.

Ktoś kupił wydanie za 777 euro?

Nie, ale gdyby znalazł się chętny, to potraktowałabym to jako jakieś konceptualne, artystyczne, ekscentryczne działanie. Z czasem na pewno obniżę cenę. Może za 77 lat [śmiech].

Nie kusi cię pójście w stronę bardziej popularną?

Myślę że moja muzyka jest bardzo popularna. To ja kuszę [śmiech].

W radiu jej nie puszczają.

Moja muzyka jest obecna w radiu np. w audycjach autorskich dedykowanych muzyce współczesnej, eksperymentalnej, czy programach kulturalnych w międzynarodowych rozgłośniach w bardzo wielu audycjach, które mają słuchaczy melomanów. Nie jest to masowy odbiorca, ale dość powszechne zjawisko w rożnych proporcjach. Słuchanie  muzyki wymaga sprzyjających warunków, jeśli traktujemy ją poważnie. Chodzi o słuchanie, a nie przysłuchiwanie się, czy obcowanie z tłem dźwiękowym, w przerwie pomiędzy informacjami. Uważny i docelowy odbiorca pojawia się również w sytuacjach koncertowych, festiwalowych. Wówczas doświadczam atencji słuchaczy, którzy chcą posłuchać konkretnego artysty. Cenię sobie ten kontakt z publicznością; jest to bardzo budujące.

Utrzymujesz się wyłącznie ze swojej artystycznej działalności?

Moja działalność artystyczna jest moją profesją. Twórczość artystyczna jest  wpisana w moją tożsamość i treść życia nie tylko w ekonomicznym ich wymiarze. To oczywiste. To jest droga i cel życiowy, wybór. Nawet jeśli jest to skomplikowane i nie zawsze łatwe. To kwestia postawy i odpowiedzialności za bycie autentycznym twórcą.

Czysto komercyjnych w ogóle rzeczy nie robisz?

Nasza rzeczywistość jest tak przesiąknięta komercją, że tracimy zdolność oceny jej płynnych granic. Zawłaszcza ona, a właściwie wszelkiego rodzaju podmioty, które mają w tym swój cel, coraz większą przestrzeń. Manipuluje odbiorcą i twórcami, którzy z różnych powodów również wpadają w jej sidła. To bardzo patologizuje naszą rzeczywistość, bo tak naprawdę mało kto się chyba już zastanawia, jakie są tego nieodwracalne konsekwencje, jakie mechanizmy i siły stoją za tym, by zdegradować i uzależnić nas, ludzi od popytu, popularności, chęci zysków itd. za cenę porzucenia niezależności, wolności i autentyczności twórczej, idąc dalej – degradacji środowiska, wyzysku, cierpienia. Myślę, że trzeba być bardzo uważnym na te wszystkie aspekty.

Jak udaje ci się zapanować nad tak różnorodnymi formami działalności?

Realizuję projekty, tworzę oraz kształtuję swoją i tych, którzy się stykają z moją twórczością, rzeczywistość w sposób jak mi się wydaje spójny. Różnorodność na poziomie dziedzin i mediów jest raczej zaletą, ponieważ daje mi to możliwość przede wszystkim dystansowania się wobec samej siebie, jak i konfrontacji z własnymi metodami twórczymi. Za każdym razem mam inną perspektywę. Scena i koncerty na żywo mają wydźwięk performatywny, są operacją na żywym organizmie, nie tylko moim. Samotna praca w studio jest swoistą kontemplacją i niebywałym skupieniem nad byciem samą ze sobą i instrumentem. Praca nad wystawą koncentruje uwagę na formach i relacjach między nimi w przestrzeni,  praca zespołowa nad projektem teatralnym wymaga innych mechanizmów. Za każdym razem jestem w tym obecna.

Podczas tworzenia wystawy wystąpiłaś też jako modelka w sesji zdjęciowej na jej tle.

Była to raczej performatywna sesja zdjęciowa, w której poprzez własne działanie, autorstwo i grę z wizerunkiem artystki w pracowni chciałam wydobyć kolejny wątek odnoszący się do Krystyny Tołłoczko-Różyskiej. Interesowało mnie to, jak architektka tłumaczyła język architektury brutalistycznej na własne projekty mebli ubioru i obuwia. To właśnie do tych ostatnich aspektów, jej kreatywności, chciałam nawiązać poprzez sesję w określonych zestawach ubrań wpisując swoje ciało w przestrzeń Bunkra, a dokładniej w powstającą w niej wystawę. Tak jak rondo znaczy koło, tak w tym przypadku za pomocą gestu performatywnego wpisuję ciało w bryłę budynku i obiekty. Mimo iż na pierwszy rzut oka zapis ten może sprawiać wrażenie odgórnej stylizacji modowej, to w rzeczywistości była to moja świadoma, lecz bardzo autentyczna gra z kodami płci oraz elementami formalistycznymi w warsztatowej sytuacji w procesie. Określiłam trajektorię przejścia i relacji poszczególnych zestawów (męskie koszule, konceptualnie skonstruowane spodnie, botki na wysokim obcasie) wobec obiektów i rozpoczęłam wraz z Grzegorzem Martem, artystą i dokumentalistą, ten kilkugodzinny, bardzo płodny eksperyment.

Świat mody cię fascynuje?

Nie śledzę trendów modowych, ale też nie jestem obojętna na to, czym okrywam ciało. Mam swoje preferencje estetyczne, które w naturalny sposób harmonizują ze mną i nakreślają sylwetkę. Moda i szeroko rozumiana popkultura czerpią garściami ze świata sztuki. Odbiorca rzadko się orientuje, że dana sytuacja, kadr, element ma odniesienia do konkretnego dzieła czy artysty. Często są to wykreowane sytuacje na potrzeby przemysłu, produktu i jego konsumpcji. W dzisiejszych czasach sztuki wizualne staja się sztuka life stylu, a etos artystyczny przechodzi do świata gospodarki. W tym przypadku odwróciłam role i proporcje oraz wiarygodność zastanej sytuacji. Poza tym chciałam w nietypowy, zdystansowany sposób uwypuklić ten wątek w historii architektki, podkreślić tożsamość płciową i jej siłę. Interesowało mnie również pytanie, na ile styl brutalistyczny może stać się kobiecym paradygmatem.

Co sądzisz o samym budynku Bunkra – modernistycznym, brutalistycznym, wybudowanym w obrębie Starego Miasta?

To niesamowite, że w latach 60-tych, w takim miejscu, powstał budynek brutalistyczny, pomiędzy architekturą zabytkową, odzwierciedlający w swym  radykalnie nowoczesnym języku architektonicznym zmiany i nastroje polityczne. Dla mieszkańców to był estetyczny szok, następstwem było oburzenie i protesty, krytyka. Z biegiem lat niestety ten awangardowy budynek narastał we wszelkiego rodzaju błędy, usterki, zaniedbania i zaniechania. Fasada jest zasłonięta przez namiot z bardzo popularną kawiarnią. Ten rodzaj tymczasowości, który potrafi egzystować 20, czy więcej lat, jest dość znamienny. Zasłonięto też okna w głównej sali – wizję architektki poświęcono na rzecz stworzenia łatwiejszej przestrzeni do ekspozycji, tzw. galeryjnych white cubów. Podobnie rzecz się ma z sufitem – są tam luksfery, które zostały zakryte papą, ponieważ przeciekał dach. W dość brutalny sposób ingerowano w tą przestrzeń, przez lata degradując projekt architektki. W ramach polemiki z tym stanem rzeczy dokonałam kilku interwencji w przestrzeni budynku, w jego tkance. Własnoręcznie zmagając się z jego materią, jak w pracy „Can’t Illumination”, odwzorowałam mandalę Hildegardy i wydrążyłam 100 otworów, przez które  światło symbolicznie  przebija się, chcąc rozsadzić tą tymczasową ścianę. Praca „Lutosławski Cut” to betonowo-metalowa konstrukcja nawiązująca wprost do spektakularnego betonowego sufitu, w której został umieszczony zapętlony Lutosławski, a partytura w przestrzeni „For you Karlheinz” wchodzi w  relację z charakterystycznymi, po wielu latach odsłoniętymi, oknami. Metalowe konstrukcje, które są elementem prac i ekspozycji, są nawiązaniem  do działalności projektowej Tołłoczko-Różyskiej i jej prototypów metalowych mebli, natomiast wspomniany już  len oplatający spiralę, nawiązuje do surowości materiału, z którym ona pracowała, projektując stroje. Sam budynek jest spektakularny i fascynujący. Mam nadzieję, że zmiany, które teraz nastąpią, będą odświeżające i nakreślą nowy kierunek dla tej instytucji.

Podobno jedną z twoich metod twórczych jest kontrolowany przypadek. Jak to rozumiesz?

Aleatoryzm jest kierunkiem w muzyce współczesnej, polegającym na wprowadzeniu elementu przypadku zarówno w pracy kompozytorskiej, jak i wykonawczej (jego reprezentanci to Stockhausen i Cage), natomiast aleatoryzm kontrolowany, który jest charakterystyczny m.in. dla twórczości Lutosławskiego, jak sam termin wskazuje, kontroluje pewne składniki kompozycji czy jej wykonywania, np. jest określona wysokość dźwięków w partyturze, ale rezygnuje się już podziału metrycznego. Element przypadku jest istotnym składnikiem moich prac wizualnych czy kompozycji. Nie rezygnuję jednak z bardzo konkretnych ram np. dla utworu czy zamysłu ideowego, który prowadzi narracje. Jednak ich przebieg pozostawia wolność do percypowania i interpretacji. Częścią ekspozycji są też prace dźwiękowe, które się wzajemnie przenikają, tworząc nową kompozycję właśnie na zasadzie przypadkowości. W zupełnie nieoczekiwany sposób wchodzą w  relacje między sobą i za każdym razem stają się nową materią. W swojej instrumentalnej aktywności jako saksofonistka związana jestem z  międzynarodową sceną muzyki improwizowanej, free improv. Ten gatunek daje możliwość wolności, wypowiedzi i współistnienia np. w warunkach scenicznych z innymi twórcami na zupełnie innych zasadach.

Masz naturę liderki?

Każdy twórca mierzy się z ego, szczególnie na scenie, ale współistnienie z innymi w sytuacji improwizacji wymaga współdziałania i podążania w tym samym kierunku. Wymaga uważności, słuchania i partnerowania w kreowaniu kompozycji w czasie rzeczywistym, tak by stworzyć pełnowartościową sytuacje artystyczną dla siebie, ale przede wszystkim dla odbiorców. To duża umiejętność i odpowiedzialność.

Traktujesz swoją twórczość jako autoterapię?

Moja twórczość przenika się z życiem na bardzo wielu poziomach, ale tak jest w przypadku większości artystów. Nie tworzę jakichś hybryb autoterapeutycznych. Sztuka jest rodzajem wyzwolenia i ujściem dla wielu emocji czy konfliktów wewnętrznych, ale ma to szerszy kontekst – jest raczej metodą na przetrwanie i zrozumienie otaczającej nas rzeczywistości, w której nie zawsze chcemy być osadzeni.

Miewasz kryzysy lub męki twórcze, czy też tworzenie przychodzi ci z łatwością?

Kryzysy same w sobie są nieodłączną częścią i składnikiem życia każdego człowieka i chyba nikt nie jest od nich wolny. Tworzenie jest procesem zdeterminowanym bardzo wieloma parametrami: czasowym, tematycznym, formalnym, narzędziowym, czynnikami ludzkimi, nastrojami, emocjami. Najtrudniejsze chwile paradoksalnie zwykle generują olśnienia, a  z głębokiej zapaści można bardzo szybko znaleźć się na wyżynach i odwrotnie [śmiech]. Dlatego odpowiedź na to pytanie pozostawię otwartą.

Jakie są twoje plany na przyszłość?

Po doświadczeniu i pracy  w istniejącym od 1964 roku jednym z najważniejszych ośrodków muzyki elektroakustycznej i akustycznej techniki Elektronmusikstudion EMS w Sztokholmie planuję skoncentrować się na pracy nad projektem, zamówioną kompozycją jak i materiałem na nowy album, mimo, że ostatni jeszcze dostatecznie nie wybrzmiał. Będzie miał okazję, bo  zostałam nominowana do Shape 2017, platformy dedykowanej innowacyjnej muzyce i sztuce audiowizualnej, prezentowanej na kilkunastu europejskich festiwalach. Wystawa w Bunkrze Sztuki jeszcze trwa. Jej kontynuacją będzie wydanie książki monograficznej. To najbardziej skonkretyzowane plany. Oprócz nich wiele innych, które być może będą się materializować. W tak skomplikowanych momencie na całym świecie ważne jest, by nie porzucać wolnościowych idei i kierunków, którymi podążamy jako twórcy. Swoją aktywnością uruchamiamy intelektualne procesy, reakcje, wzmacniając duchowo i dając siłę do działania. Mam nadzieję, że tak jest, to duża odpowiedzialność.

Anna Zaradny – artystka dźwiękowa i wizualna, kompozytorka, instrumentalistka, autorka muzyki do spektakli teatralnych i projektów multimedialnych. Współtwórczyni Musica Genera Festival oraz wytwórni Musica Genera, której nakładem ukazał się jej ostatni album „Go Go Theurgy”. Laureatka nagrody publiczności Deutsche Bank i Zachęty Narodowej Galerii Sztuki „Spojrzenia 2011”. Więcej o twórczości artystki: www.annazaradny.net, soundcloud.com/annazaradny.