Na tej stronie korzystamy z cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia w przeglądarce internetowej

OK
2 sierpnia 2017

Platynowa blondynka robi co chce, mówi co chce i bije przeciwników butami na obcasach. Recenzujemy „Atomic Blonde”

Czego tutaj nie ma. „Atomic Blonde” to czysta popowa rozkosz, na którą składają się barwne neony, muzyka, pościgi, bijatyki i jedna ultraniebezpieczna kobieta. Rollercoaster zdarzeń rozkręca się z prędkością światła, a widzowi od dynamicznych ujęć może zawrócić się w głowie.

Dopieszczona do granic możliwości oprawa wizualna omamia i oślepia, przywodząc na myśl eksperyment z „Mechanicznej pomarańczy”. Różnica jest jedynie taka, że u Stanleya Kubricka Alex DeLarge nie chce, a jest zmuszany do oglądania traumatycznych obrazów. W „Atomic Blonde” możemy odwrócić wzrok, ale nie chcemy stracić ani sekundy ze spektaklu przemocy.

Największym filmowych magnesem jest oczywiście tytułowa Atomic Blonde, czyli Lorraine Broughton. Platynowa blondynka i najlepsza pośród wszystkich agentów królewskiej korony, to postrach każdego absolwenta resocjalizacji. Mówi co chce, robi co chce, w nosie ma zdanie innych i nie waha się ruszyć na brutali większych od siebie. Jej tajną bronią są buty na wysokich obcasach i zabójczy wygląd. Do tego namiętnie pali jednego papierosa za drugim, a w ramach regeneracji nurkuje w wannie wypełnionej kostkami lodu.

Magnetyzująca Charlize Theron, która wciela się w długonogą torpedę, wypada w roli tak naturalnie, jakby wszczynała bijatyki od dziecka. Południowoafrykańska laureatka Oscara wszystkie sceny walki wykonuje sama, bez pomocy dublerki. Ciekawostką jest fakt, że początkowo nikt nie spodziewał tego, jak dobrze Charlize poradzi sobie w trakcie treningów. Kiedy okazało się, że bicie kolegów na macie idzie jej doskonale, reżyser David Leitch postanowił to wykorzystać. Dzięki temu w filmie jest około 20% więcej walk niż początkowo zakładano.

Zresztą nie tylko z głównej gwiazdy filmu David Leitch potrafi wyciągnąć to, co najlepsze. Kaskader i jednocześnie połowa reżyserskiego duetu „Johna Wicka” (drugą jest Chad Stahelski) sięga po komiks Antony’ego Johnsona („The Coldest City”, 2012) i adaptuje na potrzeby własnej śmiałej wizji.
Leitch nie patyczkuje się z widzem i od razu wrzuca go w wir wielopoziomowej narracji. „Atomic Blonde” zaczyna się od prawdziwego trzęsienia ziemi, którego ogniskiem jest zabójstwo agenta MI6 w Berlinie. Ale prawdziwa apokalipsa zaczyna się w momencie, kiedy zesłana do NRD Lorraine spotyka Davida Percivala, szefa tamtejszej komórki wywiadowczej. Brak zaufania i wzajemna niechęć stanowią jedną z podstaw szpiegowskiego konfliktu. Trup ściele się gęsto, nie rzadziej padają łuski po kulach, a to wszystko przy akompaniamencie kultowych kawałków m.in. New Order, Queen, Depeche Mode i berlińskich pocztówek. Nagromadzenie wątków doprowadza do trwającego kilkanaście minut master shota (złożonego z kilku pomniejszych), kiedy to główna bohaterka staje do konfrontacji z całą armią przeciwników. W scenie walki nie ma jednak superbohaterstwa znanego z hollywoodzkich produkcji. Lorraine dostaje w twarz, krwawi, a w momentach kryzysowych korzysta ze wszystkiego, co znajduje pod ręką. Zabójczy balet, w trakcie którego nie brakuje ani humoru, ani emocji mrożących krew w żyłach, możemy obserwować dzięki pracy Jonathana Sela.

Montażowa zabawa w „Birdmana” Alejandro González Iñárritu to nie jedyny element jaki David Leitch zapożycza z innych filmów. Reżyser odczarowuje również przywłaszczony przez Quentina Tarantino utwór Davida Bowie „Cat People (Putting Out Of Fire)”. Słysząc pierwsze dźwięki kawałka wielu widzów od razu łączy go z „Bękartami wojny” i Shosanną – u mistrza krwawych jatek utwór obrazował przygotowania bohaterki do ostatecznej konfrontacji. W „Atomic Blonde” kultowa piosenka pojawia się w momencie, gdy dla Lorraine jest już po walce i jedyne, co jest w stanie robić, to liczyć siniaki na obolałym ciele. Aby jeszcze bardziej oddzielić wykorzystanie charakterystycznego kawałka Leitch bawi się kolorami – u Tarantino w wymienionej scenie przeważa wojenna czerwień, współautor „Johna Wicka” wypełnia obraz chłodnym błękitem.

Na zasadzie kontrastu David Leitch zestawia ze sobą również występujących na ekranie aktorów. Filigranowy Toby Jones siedzi obok barczystego Johna Goodmana, śniadoskóra Sofia Boutella jako wrażliwa Delphine nie może oprzeć się urokowi posągowej Lorraine. Przy eleganckiej głównej bohaterce Percival wygląda niczym król slumsów, a odór trawionego przezeń alkoholu niemalże czuć z ekranu. James McAvoy, znakomity w roli agenta o wątpliwej moralności, zabawia się własnym kosztem. Szkockiemu aktorowi ponownie przychodzi grać rozchwianego emocjonalnie bohatera, pijaka i seksoholika. W podobnej roli można go zobaczyć w „Brudzie” Jona S. Bairda (2013), gdzie gra główną rolę.
Nie gorzej na drugim planie wypada gwiazda „Raya Donovana” Eddie Marsan i kolejny z utalentowanego rodu Skarsgårdów – 26 letni Bill. Pośród nieustającego konfliktu grane przez nich postaci wprowadzają nieco spokoju.

„Atomic Blonde” to dzieło specyficzne, w swojej narracji niemalże klaustrofobiczne: szybkie ujęcia, efektowny montaż i gra świateł mogą przytłaczać, ale jednocześnie wywoływać euforię. Choć bohaterek kina akcji było wiele, to żadna nie była równie groźna i obłędnie pociągająca, co Lorraine. Girl power kipiący z ekranu motywuje do zapisów na kurs samoobrony, ścieżka dźwiękowa zachęca do odkopania klasyków z lat 80., a walizki same pakują się na wycieczkę do Berlina. Za plus trzeba uznać fakt, że David Leitch odcina się od oklepanego schematu kina sensacyjnego. Amerykanin z niezwykłym wyczuciem serwuje rozrywkę, którą europejski widz przyjmie z otwartymi ramionami.

Jeden z kinomanów stwierdził po seansie, że „<<Atomic Blonde>> to najlepszy Bond jakiego do tej pory oglądaliśmy”. Miejmy nadzieję, że nie ostatni. Choć w filmowym świecie Lorraine Broughton radzi sobie z każdym przeciwnikiem, to w realu musi wygrać z tym najbardziej bezlitosnym – box office’em.

Bez litości. „Wojna o planetę małp” to okrutny komentarz na temat ludzkiej natury

„Atomic Blonde”
reżyseria David Leitch
Premiera 28 lipca
Dystrybucja Monolith Films