Na tej stronie korzystamy z cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia w przeglądarce internetowej

OK
9 stycznia 2017

Buslav szykuje się do premiery nowego teledysku. Rozmawiamy z wokalistą o trudnych początkach bycia solistą

Buslav to jedna z największych muzycznych rewelacji ostatnich miesięcy. Muzyk i wokalista niedawno wydał debiutancki krążek i właśnie szykuje się do jego szerszej promocji. Już niedługo w sieci ukaże się teledysk do kawałka „Tysiąc”. To nie byle jaki projekt, bo jego realizacją zajmuje się Dawid Ogrodnik, gwiazda filmów „Ostatnia rodzina” i „Chce się żyć”. Dla aktora będzie to debiut reżyserski.

Śledźcie nasze social media i bądźcie na bieżąco.
Czekając na oficjalną premierę sprawdźcie co sprawiło, że Buslav zdecydował się na karierę solową.

rozmawiała Klaudia Kostrzewa

Minął ponad miesiąc od wydania Twojego debiutanckiego albumu. Jakie emocje towarzyszą temu wydarzeniu?

Kiedy pierwszy raz wziąłem płytę do ręki, zdałem sobie sprawę, że to wszystko dzieje się naprawdę. Pomyślałem wtedy, że wykonałem dobrą pracę. Znalazłem się w miejscu, o którym jeszcze siedem lat temu nie pomyślałbym, że mogę do niego trafić. Mój przyjaciel powiedział wtedy „Tomek, to jest naprawdę dobre, rób to”. Dzięki wsparciu bliskich i własnej zaciętości zacząłem ostro iść do przodu. Czasem myślę o tym, co mogłem zrobić lepiej, ale mimo tego jestem ogromnie szczęśliwy i zadowolony z efektów. Wszystko to, co zaplanowałem, zrealizowałem w 90% , biorąc pod uwagę mój perfekcjonizm to naprawdę zadowalający procent 😉

Komponujesz, śpiewasz, piszesz i grasz. Od dawna współpracujesz z wybitnymi i znanymi artystami. Co skłoniło muzyka sesyjnego do pracy nad solowym projektem?

Było kilka takich momentów. Przyglądałem się temu jak działały niektóre zespoły, widziałem jak rozpadały się jeszcze zanim nagrały debiutancką płytę. Nie chciałem żeby w trakcie pracy ktoś się nagle wysypał. Uznałem, że trochę się boję i nie jestem przygotowany. W trakcie pobytu w Stanach rozmawiałem z przyjacielem, który uświadomił mi o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. Powiedział: „nie potrzebujesz nikogo kto powie Ci, co jest dobre, a to złe. To, co robisz jest super, masz w sobie siłę, idź w tym kierunku”. Wracając do mieszkania na Harlemie uwierzyłem, że to naprawdę możliwe, że nie potrzebuję nikogo, że muszę wziąć wszystko w swoje ręce. Miałem szczęście, że poznałem super management, który od razu zrozumiał moje potrzeby.

Posłuchajcie muzycznej nowości. Buslav przenosi w inny świat

Płyta jest subtelna i bardzo emocjonalna. Dlaczego postawiłeś na taki klimat?

Gdybym zdecydował się na energiczne, funkowo-elektroniczne brzmienie, to po prostu nie zrealizowałbym pewnej wizji, którą miałem. Nie wiem jak będzie z następną płytą, może będzie bardziej energiczna. Ale teraz chciałem być maksymalnie szczery i stworzyć coś co grało mi w duszy. Ktoś powiedział, że jest trochę eklektycznie. Właśnie tak miało być.

Skąd pomysł na oryginalny pseudonim artystyczny?

Nigdy nie miałem żadnej ani ksywki. Stwierdziłem jednak, że nie mogę tworzyć pod oryginalnym imieniem i nazwiskiem. Miałem wrażenie, że Tomasz Busławski od razu skojarzy się z poezją śpiewaną, czarnym rozciągniętym swetrem i patrzeniem w jeden punkt. Do głowy wpadł mi „Buslav”. Z jednej strony pseudonim pochodzi od nazwiska, z drugiej jest silnie związany z moimi korzeniami. „Slav” odnosi się do tego skąd pochodzę, od razu odpowiada na pytanie kim jestem i z kim się identyfikuję.

Swoją muzyką inspirujesz innych, a kto ma wpływ na ciebie?

Jako dziecko słuchałem dużo jazzu, soulu, uwielbiałem Louisa Armstronga, John Lee Hoockera, Prince, Jamiroquai (potem się okazało że miałem przyjemność pograć z Derrickiem Mackenzie perkusistą od Jay Kay), Jamesa Browna, Steviego i wielu innych. Ale to nie były jedyne inspiracje, podróże, inspirujący, wybory i ryzyko które podejmowałem – dzięki temu jestem dziś tu gdzie jestem.

Wspominałeś o wyjeździe do Stanów. Czy to właśnie tam zagrałeś u boku Cheryl Pepsii Riley, słynnej wokalistki gospel i R&B?

Takie rzeczy mogą przytrafić się każdemu, trzeba tylko mocno w siebie wierzyć. Dalej stoi talent, szczęście i upór. Miałem 17 lat, kiedy powiedział do mnie: „Tomek, mam znajomych w Nowym Yorku, może pojedziemy?”. Wtedy mieszkałem jeszcze w Rogoźnie, oprócz jednorazowej wizyty w Niemczech nigdzie dalej nie wyjeżdżałem. Myślałem, że podróż do Stanów jest tak samo odległa jak lot na Księżyc. Kiedy w końcu pierwszy raz zobaczyłem Manhattan byłem w szoku, poczułem się jak w filmie. Od razu zakochałem się w tym mieście i ludziach, których cechuje zupełnie odmienna od naszej mentalność. Nikt nikogo nie ocenia, możesz być kim chcesz i ubierać się jak chcesz. Tam nie wychodzisz na miasto po to żeby się napić, tam wychodzisz po to żeby porozmawiać. Z drugiej jednak strony zauważyłem, że Polacy nawiązują głębsze relacje niż Amerykanie. Jesteśmy otwarci, ale dopiero po bliższym poznaniu.

Masz jeszcze jakieś wspomnienia z podróży?

To był mój pierwszy wyjazd, wszystko działo się bardzo spontanicznie. Zwiedziłem Teksas, potem wróciłem do Nowego Jorku, poznałem mnóstwo ciekawych osób. Zagrałem z perkusistą Alicii Keys, który w trakcie jammu zaprosił mnie na scenę. Gdy wróciłem tam rok później wszyscy pamiętali. Do tej pory mam kontakt z wieloma osobami, na pewno jeszcze wrócę do Nowego Jorku.

Czy istnieje jakiś obszar muzyczny, w którym chciałbyś się sprawdzić?

Muzyka filmowa. W przeszłości robiłem muzykę pod reklamy, myślę, że
świetnie bym się w tym odnalazł. Ale na razie moim największym marzeniem są koncerty. Chcę dużo jeździć i grać. A nad marzeniami trzeba ostro pracować.

Rodzinna atmosfera panowała też niedzielę – o dziesiątej rano „Disco Polo”, potem msza święta, wieczorem „Dr. Quinn”