Na tej stronie korzystamy z cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia w przeglądarce internetowej

OK
29 grudnia 2016

Daj się uwieść… przedmiotom. Dlaczego niektóre rzeczy budzą nasze pożądanie, a na inne nie zwracamy uwagi?

/autor: Karol Owczarek/

tekst pochodzi z K MAG-a #79

Podobno o gustach się nie dyskutuje. A jednak z jakichś powodów pewne rzeczy są bardziej pożądane niż inne. Niektóre przedmioty stają się kultowe i są obiektem pożądania milionów ludzi, inne zaś, niezależnie od ich technicznego dopracowania i sum wyłożonych na reklamę, budzą jedynie wzruszenie ramion i szybko przemijają w mrokach dziejów.

Dobrze zaprojektowany obiekt, zgodnie z obiegową definicją dizajnu, powinien być estetyczny, a zarazem funkcjonalny. Jeśli jednak ma zaistnieć szerzej w świadomości konsumentów, musi mieć też to coś, co uczyni go wyjątkowym. Jego piękno może być jednak zupełnie nieoczywiste, a walory użytkowe – umiarkowane lub żadne. Uświadomienie sobie, dlaczego za pewne przedmioty jesteśmy w stanie zapłacić znaczącą kwotę, pozwoli nam dowiedzieć się więcej na własny temat i poznać rolę, jaką pełni dizajn we współczesnym świecie. Uwaga: tekst z przyczyn oczywistych zawiera lokowanie wielu różnych produktów.

Status przedmiotów w ciągu ostatnich stu lat radykalnie się zmienił. Dawniej tylko nieliczni mogli pozwolić sobie na wysmakowane, dopracowane i solidne, a co za tym idzie, pożądane rzeczy. Wytwarzanie ich wiązało się z dużym nakładem finansowym i emocjonalnym twórcy, co nadawało im znaczącą rangę i gwarantowało trwałość. Meble, zegarki, czy maszyny do pisania służyły wiele lat i przechodziły z pokolenia na pokolenie, nie wyrzucało się ich, lecz naprawiało w razie konieczności. Stosunek do rzeczy zaczął się zmieniać wraz z postępującą industrializacją i rozwojem produkcji masowej. Coraz łatwiej i taniej można było produkować coraz więcej. Zerwano w ten sposób intymny związek między twórcą, jego dziełem a użytkownikiem. Symbolem tej rewolucji jest stworzony na początku XX wieku Ford T, który miał być prostym i niedrogim samochodem dla przeciętnej amerykańskiej rodziny. W Europie jego odpowiednikiem był Volkswagen Typ 1 (czyli tzw. Garbus), produkowany nieprzerwanie od 1938 aż do 2003 roku. Stopniowo cały Zachód zaczęły zalewać seryjnie wytwarzane i nieustannie unowocześniane produkty, coraz więcej osób mogło sobie na nie pozwolić, aż do dziś, kiedy to posiadamy tak dużą liczbę przedmiotów, jak nigdy wcześniej w historii. Nigdy wcześniej też tylu rzeczy tak szybko nie wyrzucaliśmy. Trwałość większości tanich urządzeń obliczona jest na ich okres gwarancyjny, czyli zwykle na około dwa lata. Producenci często celowo nie używają zbyt wytrzymałych podzespołów, a także tworzą produkty, których naprawa jest droższa niż zakup nowego egzemplarza, choć nie wynika to tylko z chęci zysku i podsycania rynku, lecz jest także efektem gwałtownego rozwoju technologicznego. Nawet ikoniczne przedmioty dla naszych czasów wychodzą z obiegu w ciągu kilku lat – iPod Classic, produkowany w kolejnych wersjach między 2001 a 2014 rokiem, dziś już uchodzi za unikat, a wręcz zabytek. Tempo zmian jest tak duże, że być może niedługo wzmiankę w tekście o iPodzie trzeba będzie opatrywać przypisem. To wszystko powoduje, że rzeczy traktujemy ze znacznie mniejszym namaszczeniem niż kiedyś, gdyż wiemy, że i tak wkrótce przyjdzie nam się z nimi rozstać – albo wskutek awarii, albo wypuszczenia na rynek czegoś nowocześniejszego. Kolejne modele obiecują nam rozwiązanie wszelkich problemów, a nie dość, że starzeją się szybko i bez wdzięku, to po krótkim czasie na rynku są już dziesiątki doskonalszych konstrukcji.

Nieznośna lekkość bytów

Przedmioty utraciły swoją powagę także z powodu zmian w sposobie ich użytkowania. Kiedyś trzeba było wstać z kanapy i odbyć pielgrzymkę do telewizora, żeby zmienić kanał – dziś za pomocą tabletu można sterować całym domem niezależnie od miejsca, w którym się znajdujemy. Jeszcze na początku lat 90. zwykle jeden telefon stacjonarny na całą rodzinę stał w przedpokoju, często obok niego brakowało krzesła, a rozmowa była ceremoniałem – teraz liczba aktywnych telefonów komórkowych jest wyższa niż liczba mieszkańców kraju, nosimy je bez przerwy przy sobie i odbieramy niemal w każdej sytuacji, niektórzy nawet w czasie seansu w kinie. Do samochodu nie potrzebujemy kluczyka, gdyż coraz więcej modeli otwiera się dzięki bezprzewodowej karcie, a uruchamia przyciskiem; pojazdy autonomiczne, które potrafią jeździć bez udziału kierowcy, testowane właśnie przez Teslę i Google, będą następnym etapem odarcia auta, największego symbolu wolności w XX wieku, z jego dostojeństwa. Zamiast celebracji w obcowaniu z namacalnym i wymagającym uwagi przedmiotem mamy jedną wielką technologiczną i komunikacyjną orgię – większość dnia spędzamy w towarzystwie atakujących nas bodźcami smartfonu, tabletu, komputera i wszystkich innych wszechobecnych ekranów. Mimo tego natłoku rzeczy i ich postępującej „przezroczystości”, nadal z wielką ekscytacją śledzimy nowinki technologiczne i kupujemy nowe modele. Tym bardziej, że rynek nas do tego na różne sposoby zachęca. Zastępy marketingowców i dizajnerów oraz miliony ludzi w chińskich fabrykach na to ciężko pracują.

Współcześnie wydaje się, że najbardziej zachęcić nas może do wyboru danego towaru reklama i jego wykreowany wizerunek. Marketing, jak wiadomo, może zdziałać cuda, a dobry marketingowiec sprzeda wszystko. Jednak są wyjątki od tej reguły. Największe fenomeny ostatnich lat – Apple i Google, w porównaniu do innych światowych koncernów, reklamują się bardzo mało. Wystarczy im zainteresowanie mediów, które wciąż powtarzają nazwy tych marek w swoich audycjach i publikacjach (sam właśnie dokładam cegiełkę do tej darmowej, niezamierzonej promocji). Apple i IKEA nie wykonują (a przynajmniej tak twierdzą) również szeroko zakrojonych badań upodobań klientów, lecz narzucają swoją estetykę, zgodnie z zasadą: „jeśli coś podoba się nam, będzie podobać się też innym”. Ogromne kwoty na reklamę łożą za to firmy produkujące luksusowe zegarki – i być może m.in. dlatego, mimo że funkcję zegarka ma niemal każde elektroniczne urządzenie, utrzymały się one na rynku i nie podzieliły losu np. wiecznych piór. Rozważania na temat PR-u są jednak wtórne wobec samego fenomenu przedmiotów, bo zanim dany produkt będzie promowany, trzeba go najpierw stworzyć i nadać mu odpowiednie cechy.

Moc wrażeń gwarantowana

Dziś jedną z najważniejszych rzeczy w projektowaniu jest tworzenie znaczeń, tak aby produkt sprawiał wrażenie dopracowanego i wartego swojej ceny. Tym, co najsilniej działa na konsumenta, jest szeroko rozumiana autentyczność, która nadaje przedmiotom szczerość i autorytet, czyli cechy deficytowe w czasach masowej produkcji. W kwestii autentyzmu dużo łatwiej mają marki z tradycjami, kojarzące się z solidnością, a szczególnie te, których nazwy w języku potocznym stały się synonimem danej kategorii produktów, tak jak w przypadku adidasów. Nie bez znaczenia jest także kraj produkcji, choć skojarzenia z danym państwem szybko się zmieniają – nadal wiele osób się krzywi, widząc napis „Made in China”, nie pamiętamy jednak, że oznaczać pochodzenie przedmiotów zaczęto w XIX wieku, kiedy to władze brytyjskie, chcąc ograniczyć konkurencję z Niemiec i podkreślić niską jakość niemieckich produktów w tamtym czasie, nakazały je oznaczać „Made in Germany”. Mimo postępującej globalizacji nadal forma fizyczna projektu odzwierciedla w pewnym stopniu mentalność niektórych krajów i stanowi zachętę dla osób, którym bliska jest dana kultura. Samochody Volvo mają tradycyjną, dość kanciastą bryłę i kojarzą się z bezpieczeństwem i ładem, za to auta francuskie i włoskie ujmują finezyjnymi i odważnymi kształtami, czym budzą sympatię osób o artystycznej duszy, lubujących się w awangardzie.

Pewne rzeczy niosą za sobą bardzo silne kulturowe skojarzenia i powodują, że chcemy być częścią ich historii. Kupujemy notes Moleskine’a, bo łudzimy się, że będziemy pisać jak Hemingway, który z niego korzystał. Zapalniczka Zippo używana przez amerykańskich żołnierzy podczas II wojny światowej ma nam za to dodać męskości. Czasem ewolucja skojarzeń, jakie niosą pewne marki, jest zadziwiająca, jak w przypadku amerykańskiej firmy Carhartt, która u swoich początków na przełomie XIX i XX wieku szyła prostą odzież dla robotników i farmerów. W latach 90. kurtki Carhartta upodobali sobie dilerzy narkotyków, a dziś te ubrania, z założenia będące poza modą, stały się częścią jej głównego nurtu – wystarczy spojrzeć jakiej firmy czapki zimowe najchętniej noszą nastolatki. Ciekawa zmiana zaszła w przypadku okularów, będących pierwotnie sprzętem medycznym, a obecnie również modnym dodatkiem, o czym świadczy popularność tzw. zerówek. Dawniej okulary kojarzyły się z oczytaniem, współcześnie – z bywaniem w modnych kawiarniach. Bliźniaczy los spotkał buty sportowe przeznaczone na bieżnię lub boisko, które stały się obuwiem wyjściowym, symbolizującym dynamizm i młodość. Pokazuje to historia Nike’ów Air Max, stworzonych w 1987 roku z myślą o sportowcach. Z założenia obuwie z wyeksponowaną poduszką amortyzującą Air miało przede wszystkim maksymalnie ułatwić trening. Dziś postrzegane są jako ikona miejskiego lifestyle’u i zakłada się je do teatru lub nawet opery.

Podobnie jak w sztuce, również w dizajnie dochodzi do częstych przewartościowań estetyki, zmian postrzegania tego, co tanie, brzydkie i obciążone negatywnym dziedzictwem, a co atrakcyjne i pożądane. Widać to choćby w tym, jak wraca do łask estetyka PRL-u, kojarzącego się dotąd z szarością, ubóstwem i opresyjnym systemem. Projektanci odwołują się do sentymentu i wspomnień – celowo stosują zgrzebne etykietki w niektórych napojach, odtwarzają ikoniczne polskie meble z lat 50. i 60. (np. VZÓR), czy operują tą estetyką w aranżowaniu wnętrz lokali gastronomicznych. Wyrazem tęsknoty za autentyzmem i surowością w przesiąkniętym technologią plastikowym świecie są różne zabiegi mające „postarzyć” daną rzecz – jak choćby przecieranie i rozdzieranie dżinsów przez firmy odzieżowe, stosowanie imitacji szczotkowanego aluminium w obudowach urządzeń elektronicznych, produkcja mebli z betonu architektonicznego czy w stylu vintage. Poza tym, wbrew wcześniej opisanej współczesnej efemeryczności przedmiotów, nie wszystkie ewoluują i przemijają – metalowe, chromowane krzesła powstają od stu lat, nadal produkowane są też projekty Philippe’a Starcka, choćby jego słynna wyciskarka do cytrusów. Projektanci starają się również odwoływać do archetypów, by stworzyć poczucie ciągłości, przywołać pewne emocje i nie wprawiać użytkownika w zakłopotanie, stąd też, mimo rozwoju technologicznego, nie zmienia się znacząco wygląd profesjonalnych aparatów fotograficznych.

Jak cię widzą, tak cię piszą

Współczesny masowy dizajn dąży do uniformizacji. Producenci samochodów starają się, by oferowane przez nich modele miały podobne cechy zewnętrzne, takie jak reflektory, klamki i ogólną linię nadwozia, przez co ciężko czasem odróżnić na pierwszy rzut oka podstawowego sedana od topowej limuzyny. Większość smartfonów i tabletów, będących prostokątnymi ekranami z czarną obwódką, wygląda niemal tak samo. Czerń zresztą od lat dominuje wśród urządzeń elektronicznych, gdyż kojarzy się z powagą – to kolor aparatury naukowej i broni. Sugeruje użytkownikowi, że ma do czynienia z precyzyjnie wykonanym przedmiotem, który nie kusi jaskrawą barwą, lecz broni się swoim zaawansowanym technologicznie wnętrzem. Tę zasadę przełamało Apple – pierwszy iBook miał pastelową, częściowo przezroczystą obudowę i wyglądał jak zabawka dla dorosłych lub wielka puderniczka. Oswoiło to groźny sprzęt biurowy i odróżniało ten model od wszystkiego na rynku, dzięki czemu często był wykorzystywany reklamach i mediach jako symbol nowoczesności. Później amerykańska firma postawiła na bardziej formalny wygląd swoich produktów i popularyzowała przy tym śnieżnobiałą obudowę i akcesoria, idąc na przekór przyzwyczajeniom, że biel w elektronice to kolor kobiecy. Z nudnych urządzeń elektronicznych uczyniła przedmiot pożądania. Warto jednak pamiętać, jak wiele Apple, a właściwie jego główny projektant, Jonathan Ive, czerpie z wzornictwa XX wieku, przede wszystkim z projektów Dietera Ramsa dla firmy Braun.

Oddziaływanie na zmysły za pomocą koloru, materiału i zapachu to oczywiście jeden z podstawowych zabiegów stosowanych przez projektantów, które mają nas zachęcić do wyboru danego przedmiotu. Są kolory „męskie” (czerń i szarość) „damskie” (czerwień), „dziecinne” (róż), czy „dojrzałe” (beż), choć współcześnie zacierają się te różnice, narzucane nam przez lata kulturowo. Obudowa z elementami aluminium, szkła, stopu magnezu czy skóry zawsze będzie wydawała się bardziej nowoczesna i solidna, niż wykonana z tworzyw sztucznych. Zapachem wnętrza nowego auta można się rozkoszować godzinami, za to nieprzyjemna woń, jaką roztaczają rozpakowywane produkty no name z chińskich fabryk, jest mało zachęcająca. Do niedawna symbolem luksusu były drewniane dodatki na desce rozdzielczej samochodów z wyższej półki – dziś, kiedy wnętrza pojazdów opanowały ekrany wyświetlające prędkość oraz obsługujące radio i nawigację, drewno wygląda w ich towarzystwie już nie elegancko, lecz pretensjonalnie. Wywoływać emocje można również oddziałując na narząd słuchu – miłośnicy sportowych aut cieszą się, że ich silnik jest odpowiednio głośny, drzwi niektórych samochodów zamykają się z charakterystycznym dźwiękiem, a aparaty fotograficzne wbudowane w smartfony imitują odgłos zwalnianej migawki.

Część projektantów stawia na minimalizm i usuwa zbędne elementy i ozdobniki, by dać wyraz dyscyplinie intelektualnej i arystokratycznej powściągliwości. Inni próbują przypodobać się odbiorcom, zaskoczyć ich lub wpisać w dominujące trendy. Ciekawym przykładem próby „uczłowieczenia” samochodu i zyskania sympatii użytkowników jest pierwsza generacja Renault Twingo, którego przód miał przypominać twarz uśmiechniętego dziecka. Co prawda samochód ten nie był hitem sprzedaży, ale zapisał się na kartach historii dizajnu. Dziś obserwujemy tendencję do puchnięcia i rozrastania się rzeczy, tak jakby dostosowywały się do coraz powszechniejszej w krajach Zachodu otyłości, a producenci schlebiali stereotypowej opinii, że „większe jest lepsze”. Widać to po coraz większych opakowaniach w sklepach spożywczych, ale także po ogromnych telewizorach i lodówkach, telefonach-patelniach czy zagadkowej popularności SUV-ów – samochodów za dużych do parkowania w mieście, a zbyt delikatnych, by wyruszać nimi w teren. Czasami do sukcesu wystarczy sama znakomita technika, a nie pragnienie stworzenia atrakcyjnego produktu, czego dowodem jest Land Rover – samochód o topornej stylistyce, dla którego jednak nie ma przeszkody nie do pokonania. Bardzo cenna dla użytkowników jest prostota – jeśli jakieś urządzenie jest skomplikowane w obsłudze i wymaga grubej instrukcji, z pewnością nie stanie się kultowym przedmiotem.

Dyskretny urok luksusu

Od wieków tym, co najbardziej rozpala wyobraźnię większości ludzi, jest luksus. W dzisiejszych czasach jest kłopot z luksusowymi przedmiotami, gdyż luksus odwołuje się raczej do tradycji i zwykle jest konserwatywny, co stoi w sprzeczności z pędem technologicznym. Jak pisze Deyan Sudjic w książce „Język rzeczy” – „Współcześnie produkcja luksusu polega na tworzeniu przedmiotów w świecie wody z kranu, które potrafią powielać picie wody z górskiego strumienia”. Dziś taki sam telefon nosi w kieszeni licealista ze średniozamożnej rodziny, jak i najlepiej zarabiający piłkarz na świecie. Inkrustowane diamentami smartfony i laptopy nie stały się pożądane ani popularne, gdyż nie świadczą najlepiej o guście użytkownika – zbyt krótko trwa żywot tych urządzeń, by podnoszenie wartości w ten sposób nie było uznane za ostentacyjny i lekkomyślny wydatek. Trudniej zatem zaznaczyć swój status społeczny, chyba że stać nas na samochód za ponad milion złotych, a najlepiej jacht lub prywatny samolot. Zawsze pozostają w odwodzie biżuteria i zegarki, choć te ostatnie są zagrożone przez rozwój smartwatchy. Dzisiaj ogólnoświatowe koncerny dysponują tak wielkim budżetem i rozwiniętą technologią, że powstające w ich fabrykach masowe przedmioty są często precyzyjniej wykonane i nowocześniejsze niż te, które stworzono w mniejszych firmach, zaspokajających potrzeby milionerów. Najdroższe samochody, np. Ferrari czy Lamborghini, miewają wewnątrz wyposażenie skromniejsze niż modele Škody ze średniej półki. Obserwowany na całym świecie nieustanny wzrost zapotrzebowania na dobra luksusowe sprawia jednak, że akurat ich producentom mimo wszystko kryzys nie grozi. Podświadomie przedkładamy to, co piękne, choć niepraktyczne, nad użyteczne – wolelibyśmy jeździć po ulicy topowym samochodem sportowym, którego niskie zawieszenie nie pozwala na pokonanie żadnego krawężnika, niż VW Golfem. Luksus według niektórych badaczy wszedł dziś w sferę, którą kiedyś zajmowała sztuka i przejął jej aurę – wielu osobom serce mocniej zabije na widok Porsche na ulicy lub dizajnerskiego krzesła w domu niż arcydzieła malarstwa w galerii. Panuje przekonanie, że otaczanie się pięknymi rzeczami czyni pięknymi nas samych, co tłumaczy nieprzemijający urok luksusu.

Rzeczy wokół nas jest bez liku, a będzie ich jeszcze więcej, choćby z tego powodu, że będziemy mogli tworzyć własne za pomocą coraz tańszych drukarek 3D. Przedmioty są częścią naszej osobowości i niosą innym komunikat o tym, kim jesteśmy. Zaaranżowane przez nas wnętrza to nie tylko przestrzeń użytkowa, lecz także swojego rodzaju scenografia teatralna, w której odgrywamy role. Biżuteria, ubiór, czy gadżety składają się na nasz pancerz i ekwipunek, które pozwalają nam na stawianie czoła wyzwaniom codzienności. Nawet jeśli w przyszłości otoczą nas głównie ekrany, to wciąż potrzebne będą dobrze zaprojektowane krzesła, łóżka czy okulary, będzie zatem czym cieszyć oko i poprawiać poczucie własnej wartości.

Korzystałem z książek Deyana Sudjica – „Język rzeczy” i „B jak Bauhaus. Alfabet współczesności” (Wydawnictwo Karakter)