Na tej stronie korzystamy z cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia w przeglądarce internetowej

OK
6 września 2017

Derubare udowadnia, że wizualizacje to prawdziwa sztuka. Tworzy je za pomocą funkcji matematycznych

Derubare, czyli Radosław Deruba, to performer wizualny, twórca teledysków i wizualizacji. Prezentował swoje prace m.in. w warszawskiej Zachęcie, Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie, Brancaleone w Rzymie, Audioriverze, Tauronie Nowa Muzyka, Interference Festival, CSW w Gdańsku, Toruniu i Warszawie oraz Loophole w Berlinie. Zwyciężył na Biennale WRO 2017 w kolektywie Elvin Flamingo + INFER oraz na Festiwalu Videozone 2015. To także współpomysłodawca i koordynator Międzynarodowego VJ Battle na Interference Festival, którego najbliższa edycja odbędzie się w dniach 20 – 22 października w Gdańsku.

/tekst: Karol Owczarek/

Wizualizacje to sztuka abstrakcyjna? Atrakcyjne tło do muzyki?

Z pewnością nie jest to tło. Badania mówią nam, że wzrok jest naszym najważniejszym zmysłem – 50% ludzkiej tkanki nerwowej jest bezpośrednio lub pośrednio związane z wizją. Trzeba pamiętać, że koncerty to nie tylko muzyka. Na całość doświadczenia koncertowego składają się dźwięk grany przez muzyków, a także ich wygląd, sposób poruszania się, budowa sceny, scenografia oraz światła i wizualizacje. Artyści powinni być świadomi, która muzyka powinna być na koncertach wyrażana wizualizacjami, a która nie – czasami wystarczają dym i światła, a czasami potrzebne są wielkie ekrany. Dla mnie wizualizacje to kolejny instrument w orkiestrze, który wraz z muzyką opowiada historię, mającą wprowadzić widza w określony nastrój. Wizualizacje to sztuka, która podlega tym samym kategoriom, co inne.  Wyrasta z przestrzeni filmowej i możemy w niej wyróżnić zarówno kierunki abstrakcyjne, surrealistycznie, jak również zupełnie realistyczne. Można używać kamer i odtwarzać uprzednio nagrane filmy, tworzyć animacje, generować wizualizacje na żywo przez syntezatory cyfrowe i analogowe, a nawet używać rzutnika przeźroczy. W swojej twórczości upodobałem sobie oderwanie od przedmiotu, odbiorca do końca nie może sprecyzować tego co widzi.

Ich tworzenie to proces racjonalny czy też automatyzm, ciąg skojarzeń?

Jak wyżej, to zależy od obranego celu. Dla mnie tworzenie wizualizacji zawsze oznacza tygodnie, a nawet miesiące przygotowań. Posługuję się głównie metodami cyfrowej animacji i techniką generatywną, co oznacza tworzenie wizualizacji za pomocą wzorów i funkcji matematycznych, więc rezultat jest z góry zaplanowany. Z drugiej strony – nie jestem matematykiem, więc odpowiednie nawarstwienie tych funkcji może doprowadzić do zaskakujących rezultatów dla autora. Z kolei tworzenie animacji to żmudna droga przez kolejno: modelowanie, symulację, animację, teksturowanie, oświetlenie, na postprodukcji kończąc. W trakcie może się wiele wydarzyć – defekt, błąd czy jakieś „nieakademickie” rozwiązanie, co bywa czymś wartym eksploracji i doprowadza do powstania czegoś świeżego.

Skąd u ciebie zainteresowanie tą niszową dziedziną? Jak wyglądała twoja do droga do miana jednego z najważniejszych twórców wizualizacji w Polsce?

Od późnej podstawówki interesowałem się montażem filmowym, animacją, efektami specjalnymi i muzyką – ale dopiero od końca studiów uświadomiłem sobie, jak mogę połączyć te wszystkie pasje. Zawsze też mocno śledziłem projekty muzyczne, które w swoich trasach koncertowych stawiały nacisk na doświadczenie audiowizualne. Rozwój internetu dał dostęp do szerokiej palety narzędzi, tak więc rozpocząłem budowę pierwszego setupu koncertowego. Niestety w Polsce jeszcze ciężko jest znaleźć ofertę akademicką, która oferowałaby rozwój w dziedzinie projektowania wizualizacji na żywo, co trochę dziwi, ponieważ zapotrzebowanie jest duże. Siłą rzeczy jestem samoukiem, rozwiązywałem swoje problemy w oparciu o poradniki znalezione w sieci oraz warsztaty prowadzone przez moich mistrzów. W międzyczasie nawiązałem kontakt z wytwórnią Zoharum Records i pojawiły się pierwsze trasy koncertowe, do których przygotowałem wizualizacje. Jeśli chodzi o wybicie się na scenie, to od początku podchodziłem do realizowanych projektów z pełnym zaangażowaniem. Wielokrotnie spotykałem się z sytuacjami, w których performerzy wizualni i VJ-e występowali jakby „za karę”, schodzili ze stanowiska, zostawiając zapętlone wizualizacje, zupełnie niezwiązane z graną muzyką albo zajmowali się jednocześnie czymś innym, np. nagrywaniem materiału wideo z wydarzenia. Stwierdziłem, że nie popełnię takiego błędu – zresztą, gdy grasz koncert, to w tym momencie nie ma miejsca na nic innego, prawda? Takie podejście, a także ciągły rozwój i nauka, doprowadziły do tego, że mogę robić na co dzień to, co jest moją pasją.

Spotykasz się ze złośliwymi uwagami, że wizualizacje przypominają wygaszacze ekranu i równie dobrze mogą być tworzone przez algorytm?

Moje wizualizacje są w dużej mierze tworzone przez algorytmy – tyle, że zaprojektowane przez mnie. Duża część współczesnej sztuki jest projektowana za pomocą skryptów. Mam nadzieję, że rozwój sztucznej inteligencji doprowadzi do tworzenia dzieł w całości przez komputery. Zderzenie człowieka z maszyną jest bardzo interesujące. Argument, że coś złe, bo jest tworzone przez algorytm, nie jest trafiony – wszystko zależy od świadomości użycia narzędzi. Oczywiście, wielu twórców wizualnych spotkało się z takimi komentarzami. Opinie typu „puszczasz tylko obrazki”, „wygaszacze ekranu” czy „każdy to potrafi”, wynikają głównie z nieznajomości tematu i lenistwa. Wystarczy przynajmniej podstawowa wiedza z zakresu technologii i sztuki współczesnej, by wstrzymać się od takich komentarzy. Swoją drogą, przypomina mi się sytuacja podczas przeglądu semestralnego na ASP. Jeden z ekranów, na których była wyświetlana praca zaliczeniowa – wyłączył się i zamiast niej leciał wygaszacz ekranu. Odbiorcy zupełnie się nie zorientowali, robili nawet zdjęcia. Trochę śmieszne, trochę smutne.

Jaka jest kondycja wizualizacji w Polsce? Wiesz o niej z pewnością wiele, jako współpomysłodawca i koordynator VJ Battle podczas festiwalu Interference.

Podczas moich występów za granicą miałem okazję obserwować innych twórców wizualnych oraz VJ-i, także z Polski. Trzeba przyznać, że nie ma żadnej różnicy, jeśli chodzi o poziom. Polscy twórcy mają swoją świadomość wizualną oraz dostęp do współczesnych technologii. Dlatego bardzo się cieszę, że możemy tworzyć w Gdańsku wydarzenie będące świętem sceny wizualnej – czyli 4. edycję Interference Festival. Jest to festiwal, na którym oprócz występów gwiazd audiowizualnych oraz międzynarodowego konkursu „Wolność Formy” od trzech lat robimy VJ Battle, gdzie ósemka najlepszych performerów wizualnych i VJ-i ma szansę się skonfrontować na żywo w systemie pucharowym. To dobra okazja, by zmierzyć się z najlepszymi w niecodziennej formule. Nasza bitwa jest obecnie jedyną w Polsce. Zwracamy tam uwagę na jakość i technikę prezentowanego materiału, a także na to, jak dany twórca się odnajduje w nieobliczalnych warunkach, czy jest czujny, by w każdym momencie potrafić się wbić w określony rytm czy klimat. Zapraszamy do Gdańska, zgłoszenia można jeszcze wysyłać do 14 września.

Można się utrzymać z wizualizacji?

To zabawne, że to pytanie pada w co drugim wywiadzie. Generalnie w Polsce ze sztuki ciężko jest się utrzymać. Tworzenie wizualizacji, przynajmniej w moim przypadku, wymaga pewnej wszechstronności, tworzenia animacji, mappingu, realizacji wideo, czy montażu. Dzięki temu mam szeroki wachlarz przedsięwzięć, w których mogę brać udział.

Zajmujesz się szeroko pojętą sztuką wizualną. VJ-ing daje ci największe spełnienie, czy to po prostu jedna z pasjonujących cię dziedzin sztuki?

Tu trzeba powiedzieć, że termin „VJ” jest używany obecnie zupełnie w niewłaściwy sposób. „VJ” czyli „video jockey” odnosi się do pojęcia „DJ” czyli „disc jockey”. I tak jak DJ miksuje cudze utwory, by stworzyć nową jakość, a VJ miksuje cudze materiały wizualne na zasadzie cytatu, by stworzyć nową narrację. W takim rozumieniu – nie jestem VJ-em w ogóle i staram się tego przedrostka nie używać, gdyż jest w moim przypadku nie poprawny. Bliżej mi do live-actu wizualnego czy performera wizualnego. Live-act, tak jak w muzyce, polega na tworzeniu sampli – w tym przypadku z własnych materiałów filmowych albo animacji, które następnie odtwarzamy, loopujemy, miksujemy i nakładamy efekty. Daje to przestrzeń na stworzenie autorskiego występu, w którym sam określam, co chcę przekazać. Dodatkowo, dzięki kontrolerom midi, mogę „grać” wizualizacjami do muzyki. Z kolei performer wizualny generuje wizualizacje na żywo. Polega to na stworzeniu konstrukcji wizualnej, która w czasie rzeczywistym reaguje na dane wejściowe, np. dźwięk. Jest to sytuacja analogiczna do muzyka, grającego na instrumencie muzycznym w harmonii z innymi. Różnica jest taka, że jako performerzy wizualni ten instrument najpierw musimy zbudować od zera. Oprócz wizualizacji ostatnio zajmuje mnie tworzenie instalacji generatywnych. Wraz z Patrykiem Chylińskim założyliśmy projekt INFER, który specjalizuje się właśnie w tego typu sztuce. W tym roku jako kolektyw Elvin Flamingo + INFER stworzyliśmy instalację „We – The Common Body” i udało się nam zdobyć Grand Prix Biennale WRO we Wrocławiu. Jest to instalacja interaktywna, złożona z inkubatora, w którym mieszkają dżdżownice, skąd, dzięki czujnikom temperatury i wilgoci, pobieramy sygnały, które później wpływają osobno na konstrukcję zbudowaną z kopuł pleksi oraz świateł LED, a także na efekty świetlne w środowisku VR. Najwięcej spełnienia dają mi jednak działania na żywo.