Na tej stronie korzystamy z cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia w przeglądarce internetowej

OK
17 maja 2016

Jeśli satyrycy kierowaliby się interesem, a nie przekonaniami, to powinni głosować na prawicę, bo prawica daje nam mnóstwo tematów do żartów.

Kilka lat temu Andrzej Milewski pisał informacje na pasku TVN24. Dziś, jako Andrzej Rysuje, jest najpopularniejszym rysownikiem satyrycznym w Internecie. Jego pasje to polityka, Kościół, obyczaje Polaków i narkotyki.

foto SYLWIA CHAMERA

tekst pochodzi z K MAG #80

Dzięki „dobrej zmianie” po ostatnich wyborach jest bardziej śmiesznie czy strasznie?

Zdecydowanie bardziej śmiesznie. Moim zdaniem nie będzie strasznie. Te zmiany nie pójdą tak daleko jak się niektórym wydaje, za bardzo jesteśmy zakotwiczeni w Europie. Na pewno będzie śmiesznie przez najbliższe cztery lata. Mam nadzieję, że tylko cztery lata.

Obyś żył w ciekawych czasach… Polityka zawsze jest groteskowa, ale ostatnio chyba szczególnie.

Polityka wdarła się teraz mocno w nasze życie. Nagle ludzie na ulicy rozmawiają o Trybunale Konstytucyjnym, o którego istnieniu wcześniej często nie mieli pojęcia. To są jakieś plusy gwałtownej, „dobrej zmiany”. Nieprzypadkowo wydaliśmy niedawno z ASZdziennikiem książkę „Nowa Polska. Przewodnik dla Polaków”. Było widać, że jest zapotrzebowanie na coś, co pomoże w odnalezieniu się w nowej rzeczywistości, oczywiście z przymrużeniem oka.

„Dobra zmiana” wyzwoliła też w wielu osobach kreatywność – wystarczy spojrzeć na transparenty na antyrządowych marszach – niektóre są bardzo zabawne.

Mój ulubiony to „Tak się wkurzyłem, że zrobiłem transparent”.

Na marszach narodowców nie jest tak zabawnie.

Bo mają mniejszy dystans do siebie i tego, co robią. Nie do pomyślenia byłby tam taki wywrotowy transparent, który przecież trochę ośmiesza całość. Ale niektóre transparenty na marszach KOD-u też są straszne. Nie jest tak, że chodzą tam tylko fajni i mili ludzie, zdarzają się też radykałowie. Ja na marsze nie chodzę i nigdy bym się nie podpisał pod jakąś większą zbiorowością, bo wtedy w jakiś sposób podpisujesz się również pod tymi skrajnymi postulatami i hasłami. Ale dobrze, że ludzie maszerują i protestują.

Przy okazji zaczerpną trochę powietrza, rozruszają nogi, spotkają znajomych… Wygrana PiS-u wywołała lament środowisk liberalnych, ale dzięki temu kwitnie humor, zwiększa się sprzedaż liberalnej prasy…

A satyrycy mają mnóstwo roboty. W ogóle, jeśli satyrycy kierowaliby się interesem, a nie przekonaniami, to powinni głosować na prawicę, bo prawica daje nam mnóstwo tematów do żartów.

Czy to rozpolitykowanie społeczeństwa i permanentny spór nie sprawią, że dojdzie do jakichś bardziej radykalnych działań, a nawet przemocy? Ja sam zdążyłem już się poróżnić i nawet urwać kontakt z kilkoma znajomymi, z którymi wcześniej w ogóle nie rozmawiałem o polityce.

To chyba zaczęło się od tematu uchodźców. Goręcej zrobiło się też tuż przed i po październikowych wyborach. Wszyscy, którym nie podoba się rządząca partia, są uznawani za zdrajców, zaprzańców i donosicieli do Brukseli. Jeśli nie chce się stracić znajomości, to lepiej unikać tematów politycznych. Mam na przykład kolegę, który non stop wrzuca na Facebooku linki do jakichś strasznych artykułów ze skrajnie prawicowych stron – w rodzaju „wszyscy uchodźcy to gwałciciele i mordercy, cała Platforma to złodzieje, a Petru jest na pasku żydowskich bankierów” – ogólnie wszystko, co pasuje do paranoicznej wizji świata. Nie wdaję się z nim w dyskusję. Wiem, że to spoko gościu, ale o polityce nie ma sensu z nim rozmawiać.

Przez to, że w tym gorącym sporze musimy się jakoś określić i opowiedzieć za jedną stroną, nie ma miejsca na wyważone opinie. Na przykład w przypadku uchodźców – jedni żyją nienawiścią do nich, drudzy by wszystkich przyjęli. Nie ma niczego pośrodku i nie ma prób bardziej racjonalnej analizy tego zjawiska, królują emocje.

Polska dyskusja o uchodźcach w ogóle wydaje się przekomiczna i ułomna. U nas jest niewielki procent ludzi, którzy nie są białymi Polakami katolikami. Nie da się tego porównać z tym, co dzieje się w Niemczech czy Francji. Dlatego przyjęcie przez nas kilku czy kilkunastu tysięcy osób nie wpłynie w znaczący sposób na kraj. A ci uchodźcy mogliby się nawet dobrze przysłużyć Polsce, bo przydałoby się wpuścić tu trochę więcej powietrza.

Sposobem na odreagowanie tych wszystkich palących problemów jest satyra. Ale wysyp ironicznych memów i rysunków z polityką w tle w Internecie bywa przytłaczający. Czasem mam wrażenie, że zażartujemy się na śmierć. Może nie czas tyle żartować, gdy „płoną lasy”?

Jeżeli chcesz się „zaheheszkować” na śmierć, to zadanie jest teraz ułatwione. Śledzę tylko wybrane rzeczy i autorów, do których mam zaufanie, więc nie odczuwam jakiegoś przesytu. A sam tworzę rysunki, gdy czuję, że coś zasługuje na wyśmianie. Staram się też zawsze robić dobre rzeczy, żeby nie przegrzać i nie zanudzić.

Spotkałem się z opiniami, że strony w rodzaju ASZdziennika czy rysunki satyryczne, jak choćby twoje, to lepsze źródło informacji niż portale i gazety.

Też się z tym spotykam – ktoś mi napisał niedawno, że dowiaduje się o niusach z moich rysunków. Czasem satyryczne treści oddają istotę danego zjawiska lepiej niż niejeden artykuł, szczególnie jeśli to jakiś kolejny absurd. Poza tym dzięki ładunkowi humoru, dają nam dystans do często trudnych i przykrych spraw.

W Internecie królują memy i rysunki satyryczne, które wyparły dowcipy. Nie opowiada się już ich w towarzystwie. Trochę szkoda?

Ja sam bardzo rzadko opowiadałem dowcipy, zwykle to ktoś inny mi opowiadał. Ale rzeczywiście – teraz zamiast żartów opowiada się memy i obrazki, cytuje się je w rozmowach. Stały się podstawowym nośnikiem dowcipu.

Sam stałeś się częścią mema, gdy do zdjęcia z prezydentem Andrzejem Dudą, trzymającym długopis nad wydrukiem ustawy, ktoś dopisał „Andrzej Rysuje”. To ciekawy i wyjątkowy przypadek, że satyryk-rysownik stał się częścią dowcipu.

Jak zobaczyłem tego mema, to byłem w szoku, że sam na to nie wpadłem. Był prosty i genialny. Ucieszył mnie, bo to dowód, że jestem szerzej rozpoznawalny i jeśli ktoś wykorzystuje moją „markę”, to jest to zrozumiałe dla ogółu.

Mimo że żart internetowo-memowy rozkwita, to mam wrażenie, że wyczucie ironii w tekstach zanika. Jeśli się wyraźnie nie zaznaczy, że jakiś tekst lub wypowiedź to ironia, wiele osób odbiera je dosłownie.

Do wszystkiego trzeba dodawać emotikonki. Nie ma emotikonki – nie ma żartu. Nie powinniśmy za to używać kropek, bo kropka na końcu zdania jawi się jako coś nienawistnego – co widać na popularnym fanpage’u „Kropka nienawiści”. Ja już nie używam kropek w postach, aby ktoś przypadkiem nie odebrał ich jako ataku.

Nie używasz też w postach emotikonek, bo wszyscy wiedzą, ze twój fanpage jest satyryczny.

No tak, o tyle mam łatwiej.

Nie zdarzyło ci się chyba na swoim fanpage’u pisać czegoś serio, interweniować w jakiejś sprawie?

Raczej nie. Satyryk jest od dowcipów, nie jest publicystą, nie powinien mieszać ról. Zamiast moralizować, może coś wyśmiać. Staram się trzymać zasady: albo śmiesznie, albo wcale. Nawet gdy w komentarzach pod moimi rysunkami pojawia się jakiś nienawistny wpis, próbuję na niego odpowiedzieć zabawnie.

Dostajesz dużo pogróżek?

Moim zdaniem problem pogróżek i hejtu w Internecie jest wyolbrzymiany. W odbiorze mojej twórczości zdecydowanie przeważają głosy pozytywne. Te wszystkie lajki, udostępnienia i komentarze wskazują, że to, co robię, zdecydowanie bardziej się podoba niż nie podoba.

Moim zdaniem to jednak spory problem – komentujący w sieci ludzie często czują się bezkarni. Na ulicy obca osoba nie podejdzie, by cię zwyzywać, a w Internecie to norma.

Jeśli ktoś jest znany i wyjdzie na ulicę, to też może się zdarzyć, że ktoś do niego krzyknie coś obraźliwego.

A ciebie rozpoznają?

Nie. Na szczęście.

W twoich rysunkach dominują żarty krążące wokół polityki, Kościoła i narkotyków. Skąd akurat taka specjalizacja?

Akurat o Kościele dawno nie rysowałem, bo nie było ostatnio jakiejś większej afery kościelnej. Czasem zarzucano mi, że wciąż pojawiają się u mnie księża, ale ja po prostu rysuję to, co jest niusem. Kiedy rozpętała się afera pedofilska, to do tego się odnosiłem. Teraz mówią, że cały czas naśmiewam się z PiS-u, ale nie powinno to dziwić, bo od paru miesięcy ta partia rządzi i jej działalność jest na czołówkach gazet i portali, o tym się bez przerwy mówi. Narkotyki od zawsze uważałem za fajny temat do rysowania – nie żebym był jakimś ich wielkim zwolennikiem… Podobnie jest w filmach, często pojawia się w nich broń i zabijanie, bo są to wyraziste, w jakiś sposób fascynujące tematy.

Powtórzyłbyś za Marią Peszek: „Męczy mnie Polska/wisi mi krzyż”?

Nie, Polska mnie nie męczy. Kocham ją, ale to trudna miłość. Nigdy nie myślałem o wyprowadzce. Niektórzy po wyborach, jak wygra ta czy inna partia, składają płomienne deklaracje, że pakują walizki i wypierdalają, ale moim zdaniem to bzdura. Na przykład taki Przemysław Saleta, który zapowiedział ucieczkę do Tajlandii przed rzekomo opresyjnym, kaczystowskim reżimem. Czyli do kraju, w którym za obrazę króla idzie się do więzienia na kilka lat. To jakiś absurd. Lubię nasz kraj ze wszystkimi jego wadami i zaletami. Uważam, że to całkiem spoko miejsce do życia.

Często krytyka naszego kraju, wynikająca z troski, a nie nienawiści, jest uważana za haniebne działanie, za kalanie własnego gniazda.

Tak, część środowisk wymaga miłości bezwarunkowej. Mamy fajny kraj, ale robienie z polskości czegoś wyjątkowego na tle świata jest dziwaczne. Każdy naród ma swoją historię i coś, czym może się pochwalić. Niedawno nasz rząd zapowiedział kręcenie megaprodukcji kinowych, mających wypromować kraj, co uważam za piramidalną bzdurę. Gdyby było tak, że finansowane przez władzę filmy, które wpisują się w lukrowaną politykę historyczną, wygrywają Oscary, to wszystko zgarniałyby produkcje rosyjskie. W Rosji tego typu twórczość kwitnie, problem w tym, że nikt nie chce jej oglądać. To filmy artystyczne, niezależne, jak „Ida” czy niedawne „Córki dancingu”, przyczyniają się do promocji kultury danego kraju, bo pokazują innym, że powstaje u nas coś ciekawego. Sztuka nie działa w ten sposób, że robi się coś na zlecenie. Ona musi być autentyczna i poruszać możliwie uniwersalne kwestie w niesztampowy sposób. Za granicą gratulowano reżyserowi „Idy”, że potrafimy podejść do naszej historii z taką odwagą i bez kompleksów… A u nas wokół tego filmu wylało się takie szambo, że momentami aż przykro było patrzeć.

Jak się czujesz z tym, że mierząc popularność lajkami na Facebooku, prześcignąłeś Raczkowskiego, o którym mówisz, że jest twoim mistrzem?

Mleczkę też już prześcignąłem i mam zdaje się najwięcej polubień wśród rysowników satyrycznych. Chyba że jest jakiś megapopularny rysownik, o którym nie słyszałem, nie zajmujący się tematyką społeczno-polityczną…

Może jakiś rysujący gamer…

Tak, możliwe, gamerzy to dzisiaj potęga… Ja zaczynałem od social mediów – za ich pomocą zbudowałem swoją popularność. Robię to konsekwentnie od kilku lat, więc to naturalna kolej rzeczy.

Popularność zdobyłeś w bardzo szybkim tempie. Łatwo nad tym zapanować?

No rzeczywiście dosyć szybko. To przyszło nagle – długo nic, po czym nagle wszystko wybuchło naraz. Trudno za tym nadążyć. Cały czas trzeba nad sobą panować, żeby się nie pogubić. Muszę wyznaczać sobie priorytety i cele.

Lajki zawsze cieszą, ale łatwo ulegać ich sile na zasadzie: „to zrobię, bo będzie się klikało, a tego nie, bo nie chwyci”.

Mam ten komfort, że jednego dnia mogę zrobić coś, co będzie się klikało, a drugiego dnia coś, co uważam za bardzo dobre. W Internecie jest miejsce na wszystko.

Rysujesz codziennie, musisz więc być na bieżąco z najnowszymi informacjami i zapewne patrzysz na rzeczywistość jak na potencjalny materiał na rysunek. Nie masz czasem dość tego szumu i pogoni za tematem?

Zdarza się, że ten młyn mnie przytłacza. Wtedy się odcinam, idę na siłownię poćwiczyć, pobiegać i słucham tylko muzyki, a nie radia informacyjnego. Staram się nie odreagowywać alkoholem, bo to miewa zgubne skutki. Ostatnio zachorowałem i zupełnie wypadłem z rytmu, nie mogłem rysować ani się na niczym skupić, miałem syndrom bezproduktywnej szmaty. Ale ogólnie uwielbiam swoje zajęcie i cieszę się, że dane jest mi żyć tak jak żyję.

Jak zaczęło się twoje rysowanie? Jesteś samoukiem?

Chodziłem na zajęcia z rysunku, bo chciałem zdawać na Akademię Sztuk Pięknych, ale porzuciłem ten pomysł, gdy usłyszałem, jak trudno się tam dostać. Wolałem pójść na studia, na których przyjęcie nie jest zależne od widzimisię osoby oceniającej twoje rysunki, tylko od pisemnego egzaminu. Dlatego wybrałem dziennikarstwo. Chciałem też jak najszybciej zarabiać. Rysowania satyrycznego uczyłem się sam. Na przestrzeni lat widać, że mój styl się zmienia i będzie się zmieniał. Nigdy nie przywiązywałem wielkiej wagi do wizualnej strony rysunków, nie jest ona kluczowa w satyrze. Dobry pomysł można przedstawić nawet za pomocą kilku kresek. Rysunki satyryczne, które robią karierę w Internecie, zwykle nie są jakoś formalnie dopieszczone, tylko po prostu śmieszą. Ten sam żart, co na rysunku, można przedstawić pisemnie na Twitterze albo opowiedzieć na stand-upie i też będzie działał. Forma jest drugorzędna. Są oczywiście rysunki satyryczne, które mówią wyłącznie obrazem, ale większość posiada tekst i da się opowiedzieć.

Z rysowania da się wyżyć?

Przez kilka lat rysowałem za darmo, ale obecnie nie narzekam i zarabiam więcej niż w jakiejkolwiek wcześniejszej pracy. Jak się jest w czymś dobrym, to prędzej czy później to chwyci. Choć czasem się dziwię, skąd na początku mojej drogi wzięła się u mnie taka energia i skąd czerpałem tę determinację. Wracałem po całym dniu pracy w agencji reklamowej i jeszcze znajdowałem siłę na rysowanie. Teraz, gdy nie mam siły rysować, przypominam sobie czasy, kiedy musiałem zapieprzać i od razu mnie to motywuje.

Funkcjonujesz głównie w Internecie, ale czy świat analogowy też jest dla ciebie ważny?

Tak, kupuję prasę papierową, bo po prostu lubię gazety i kontakt z papierem. Dlatego wierzę, że druk nie zaniknie, bo jest po prostu fajny i ma swój urok. Lepiej pójść do kawiarni z gazetą i nią poszeleścić niż z jakimś tabletem.

Z tabletem lub czytnikiem trudniej też jeść, bo można go łatwo ubrudzić.

Nie można też zabrać go do wanny. Często czytam podczas kąpieli i bałbym się korzystać w tym czasie z tabletu. Mógłby wpaść do wody i mnie porazić. Nie chciałbym umrzeć w tak banalny i głupi sposób.

Jesteś twórcą rysunków satyrycznych, czy to znaczy, że na co dzień brylujesz w towarzystwie?

Nie… Z tego, co pamiętam, zawsze pyskowałem, czy to w szkole czy na spotkaniach towarzyskich, i to mi zostało. Tyle że teraz nie pyskuję nauczycielom, tylko politykom.

Ale nie miewasz z nimi bezpośredniego kontaktu?

Nie mam i wolałbym nigdy nie mieć. Trudniej byłoby rysować osoby, które znasz. Nagle mogłoby się okazać, że są fajne. Poznajesz Jarosława Kaczyńskiego prywatnie, a on cię ujmuje swoją dobrocią i serdecznością… I jak go później narysować? Mam świadomość, że medialnie wykreowany wizerunek polityków znacząco różni się od tego, jacy są oni w rzeczywistości. Nawet najwięksi krwiopijcy i demony prywatnie mogą być dobrymi wujkami.

Pokrętne są te polityczne drogi niektórych osób. Okazuje się na przykład, że spora grupa czołowych polityków aktualnie rządzącej, konserwatywnej partii, była w młodości hipisami…

Może ja też się nawrócę, zacznę chodzić do Kościoła i mówić „Jarosław Polskę zbaw”. To ciekawe, gdy ktoś wykonuje taki obrót o sto osiemdziesiąt stopni.

Zwykle ktoś dokonujący takiej życiowej wolty staje się radykałem, bo musi się utwierdzać w swojej decyzji i przyjętej wizji świata.

Pismo Święte mówi przecież, że jeden nawrócony grzesznik jest wart więcej niż dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych…

Podobno satyrycy i osoby z dużym poczuciem humoru to często smutni ludzie, mający pesymistyczny ogląd na świat.

Potwierdzam. Szczególnie teraz, gdy niedawno przestałem pić, bo zrobiłem sobie przerwę od używek, nie odczuwam radości z życia. Czasem jest spoko, jak sobie poćwiczę, pobiegam, wtedy organizm wydziela trochę endorfin i robi się przyjemnie. Duże poczucie humoru zwykle wynika ze sceptycznego podejścia do świata, bo patrzysz na wszystko podejrzliwym okiem i odreagowujesz w żartach.

Ciekawą kwestią, niedawno poruszaną szerzej w polskiej i zagranicznej prasie, jest poczucie humoru u kobiet. Zwykle w towarzystwie to mężczyźni sypią żartami, raz lepszymi, raz gorszymi, a kobiety słuchają i komentują. Z badań socjologicznych wynika, że dzieje się tak m.in. dlatego, że kulturowo nie opłaca im się żartować – nie oczekuje się tego od nich. Kobieta obdarzona dużym poczuciem humoru wręcz zniechęca niektórych mężczyzn.

No tak. Często mężczyźni nie lubią, gdy kobiety są zbyt pewne siebie, bo czują się zagrożeni. Ja bardzo lubię dowcipne kobiety i znam takich sporo. W USA jest kilka sławnych komiczek, jestem fanem m.in. Amy Schumer, która jest dosadna i ostro jedzie po facetach. W Polsce mamy sporo rysowniczek z dużym poczuciem humoru, jak choćby Małgorzata Halber i jej Bohater, Marta Frej, Magda Danaj i jej Porysunki, Psie sucharki też rysuje kobieta. Sporo ich jest.

Mówi się, że Polacy nie mają dystansu do siebie, ale ogólnie chyba mamy niezłe poczucie humoru.

W ogóle Słowianie lubią dość abstrakcyjne i bardziej wyrafinowane żarty. Może to też wynika z historii. Musieliśmy mierzyć się z różnymi opresyjnymi systemami, które wpoiły nam dystans do rzeczywistości. Na przykład u nas w głównym nurcie jest mało żartów, które dominują w niemieckiej prasie – bardziej dosłownych, często grubo ciosanych i siermiężnych.

Jako naród jesteśmy też chyba dość przekorni…

Tak, u nas nic nie da się zrobić do końca. Dlatego żadna dyktatura w Polsce nigdy się w pełni nie rozwinie. Wszystko tu kończy się groteską i buntem. Z tych samych powodów nie zbudujemy tu nigdy w pełni demokratycznego kraju. Dominuje myślenie „jakoś to będzie” – niby jest jakaś wizja, są procedury i zarządzenia, ale zwykle praktyka jest inna. Widać to na przykład w warszawskiej dzielnicy biurowej na Służewcu, czyli słynnym Mordorze. Nabudowano tam biurowców, ale już o chodnikach zapomniano, dojazd też jest fatalny. Efekt mamy taki, że pracownicy niższego szczebla biegną do pracy w błocie, wymijając psie kupy, a ci wyżsi rangą stoją godzinami w korku na Domaniewskiej, żeby wjechać do podziemnego parkingu.

Wiem, że śledzisz innych rysowników. Niektórzy twórcy, niezależnie od swojej dziedziny, unikają podglądania pracy kolegów i koleżanek po fachu, żeby się za bardzo nie inspirować. Ty nie masz z tym problemu?

Nie, oglądam wszystko, co cenię. Żeby pisać dobre książki, trzeba czytać inne dobre książki, podobnie jest z rysunkami.

Często rysownicy wpadają na ten sam żart?

Zdarza się, że ktoś nieświadomie lub świadomie zrobi coś podobnego albo co było już zrobione. Nigdy nie wywołałem afery, nawet gdy miałem prawo podejrzewać, że ktoś inspirował się moim rysunkiem. Wiem, że łatwo o podobne pomysły, kiedy rysujesz niusy. Może niektórych boli, kiedy widzą podobny żart u kogoś innego, bo myślą że są genialni i wyjątkowi, ale ja raczej nie mam z tym problemu.

Przydałby się jakiś żart na koniec – opowiesz?

Nie pamiętam żadnego, ale możesz dopisać mi jakiś później. Albo ja dopiszę, żeby nie wyglądało to tak, jakbym był mało zabawny.

Zdarzyła mi się taka sytuacja, że pewna dość znana osoba, której nazwiska nie zdradzę, podczas autoryzowania wywiadu dodała sobie parę żartów, włącznie ze dopiskiem „[śmiech]”.

Postaram się nie dopisywać „[śmiech]”.

[śmiech]

Andrzej Rysuje Milewski – rocznik 85′, absolwent czegośtam na UW. Niedoszły dziennikarz, prawie copywriter, rysownik. Stronę www.andrzejrysuje.pl prowadzi od 2009 roku. Od 2013 roku współpracuje z „Gazetą Wyborczą”. Autoryzował wywiad bez uwag i nie dopisał żadnych żartów.