Na tej stronie korzystamy z cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia w przeglądarce internetowej

OK
3 sierpnia 2017

Justyna Święs to prawdopodobnie najbardziej uzdolniona i oczytana młoda, polska wokalistka. Sławę zdobyła współtworząc The Dumplings

Na koncie ma też wiele występów gościnnych u czołowych muzyków. Artystka o kruchej posturze, imponującym głosie, szerokich zainteresowaniach i wielkich ambicjach.
TEKST: Karol Owczarek
Materiał ukazał się
w 86. numerze K MAG

 

W zeszłym roku wystąpiłaś między innymi u boku takich wokalistek jak Natalia Przybysz czy Brodka. Można uznać, że wkroczyłaś już do ekstraligi?
Tworzę swoją przestrzeń i swoją ligę. Jestem za młoda, żeby gdzieś wkraczać. Nie lubię stawiać się z takimi artystami w jednym rzędzie. Słuchałam ich, będąc dzieckiem, i wciąż nie dowierzam, że dzisiaj z nimi występuję.

W takich sytuacjach czujesz nieśmiałość?
Na scenie nigdy nie jestem nieśmiała, bywam taka tylko poza nią. Z kim bym nie stanęła na estradzie, czuję się jak w domu.

Którzy muzycy są dla ciebie punktami odniesienia?
Pierwszą w życiu płytą, którą dostałam, był album Voo Voo. Dwa lata temu ich menedżer zadzwonił do mnie z pytaniem, czy nie nagrałabym z nimi dwóch piosenek – ta propozycja ucieszyła mnie najbardziej ze wszystkich, jakie otrzymałam do tej pory. Z Wojciechem Waglewskim, niegdyś tak dla mnie odległym, dzisiaj czuję się swojsko, jakby był moim dziadkiem. Od zawsze mnie zachwyca. Przede wszystkim tekstami, warstwa tekstowa jest dla mnie bardzo ważna. Szczerze mówiąc, wolałabym być pisarką niż piosenkarką. Obcowanie z Voo Voo było czymś niezwykłym. Miałam okazję poznać wysoką kulturę – są staroświeccy w dobrym tego słowa znaczeniu. Dzisiaj takich ludzi prawie nie ma. Lubię elegancję, dystans. Chyba powinnam żyć w innych czasach, nie pasuję do cyfrowej współczesności. Niemal nie korzystam z komputera, teksty piszę na kartce, a obecnie planuję zakup maszyny do pisania.

To ciekawe, bo The Dumplings zaistniało dzięki internetowi, wydawaliście się wręcz dziećmi internetu.
Kuba Karaś jest w tym zorientowany, dba o naszą obecność w cyfrowym świecie. To on wysłał nasze nagrania do programu „20m² Łukasza”. Nigdy bym nie pomyślała, że można coś zamieścić w internecie i dzięki temu zaistnieć. Moim pomysłem było granie na dworcu i zbieranie pieniędzy.

Gracie muzykę nowoczesną, młodzieżową, a okazuje się, że wolałabyś tworzyć bardziej klasyczny repertuar.
Nie jest tak, że bym wolała. Na co dzień czuję elektronikę, ona we mnie gra, ale czasem moja dusza ucieka do muzyki klasycznej lub jazzowej.

Pytana o wzorce muzyczne wskazałaś Voo Voo. A jak jest z wokalistkami?
Zadziwiające jest to, że w ogóle nie inspiruję się wokalistkami. Naprawdę trudno mi wskazać kobiety. Uwielbiam teksty Ewy Demarczyk, jej piosenki wzruszają mnie do łez. Kocham Agnieszkę Osiecką.

Za dwadzieścia, trzydzieści lat widzisz siebie jako damę polskiej sceny muzycznej śpiewającą w Opolu?
Marzy mi się, żeby ludzie postrzegali mnie jako tekściarza i wokalistkę – w tej kolejności. Moje teksty są coraz bardziej doceniane, ale wciąż się rozwijam. Jestem bardzo młoda, nie mogę jeszcze pisać jak Osiecka czy Demarczyk, które dużo przeżyły. Choć ja też dużo przeżyłam jak na swój wiek.

Czujesz się już kobietą?
Zdecydowanie tak.

Kiedy to nadeszło?
Mniej więcej w wieku szesnastu lat, kiedy zaczęłam świadomie tworzyć. Swoją kobiecość uzależniam od tego, że potrafię zrobić coś sama i sama o sobie decydować. Moja kobiecość wynika z tego, że tworzę, a to, co tworzę, wynika z mojej kobiecości.

Może poczułaś się dorosła, gdy wiedziałaś już, czym chcesz się zajmować w życiu? Są ludzie, którzy w wieku trzydziestu lat wciąż tego nie wiedzą.
To mój największy koszmar – nieraz budzę się w nocy z myślą, że chodzę do „normalnej” pracy i nie mam tego wszystkiego, do czego doszłam. Najbardziej boję się rutyny. Nie wyobrażam sobie mieć regularnej pracy, ponieważ wtedy czas stoi w miejscu. Czytam właśnie „Czarodziejską górę”, w której Tomasz Mann pisze o bezczasie, takim poczuciu zawieszenia. Przedstawia kondycję europejskiej kultury przez pryzmat kilku podopiecznych sanatorium. Fascynująca książka. Równolegle czytam historię seksu w kinie.

Ciekawe połączenie.
W wannie lub w podróży potrzebuję lżejszej lektury. Gdy mam czas wyłącznie na czytanie, biorę się za poważniejsze pozycje, takie jak „Czarodziejska góra”. Czytanie powinno się celebrować. Teresa, bohaterka „Nieznośnej lekkości bytu” Milana Kundery, mówiła, że kobieta nie powinna chodzić po ulicy z torebką, tylko z książką, bo to książka dodaje uroku. Wyobraź sobie, że wszystkie kobiety na ulicy zamiast torebek w ręku mają książki. Piękna wizja.

Jesteś trochę niepoprawną romantyczką i idealistką. Niewielu ludzi czyta.
A mogłoby się wydawać, że większość. Zależy od tego, jakimi ludźmi się otaczasz. Ci, którzy nie czytają, wybierają towarzystwo ludzi, którzy tak jak oni stronią od książek. Powstają dwa równoległe światy. Szkoda, że ten drugi jest większy.

Media społecznościowe i internet w ogóle jeszcze bardziej zamykają nas w tych światach, bo algorytmy dopasowują wyświetlane treści do naszych zainteresowań i poglądów.
To strasznie zawęża myślenie i postrzeganie świata.

Dlatego wolę pisma drukowane. Wtedy czytam także te teksty, które na pierwszy rzut oka wydają się mało interesujące, których w internecie bym nie kliknął, a które często okazują się bardzo inspirujące i wzbogacające światopogląd.
A co się stanie, gdy prasa zniknie i zostanie tylko internet?

Może zostaną tylko memy?
Nie cierpię memów, nie rozumiem tego fenomenu. Oczywiście zdarza się, że ktoś pokaże mi coś zabawnego. Jednak bywa i tak, że siedzę ze znajomymi, którzy posługują się cytatami z memów czy filmików na YouTubie, a ja nie wiem, o co chodzi, i wychodzę na głupka.

Czujesz misję, by promować literaturę? Często nawiązujesz do niej w swoich tekstach.
To dla mnie bardzo ważne. Ludzie chętnie sięgają po to, co im pokazują idole. Sama tak robię. Gdy ktoś pyta mnie na Snapchacie albo Instagramie, co czytam, to zawsze i z ogromną chęcią odpowiadam.

Może tak jak Emma Watson powinnaś założyć klub książki dla swoich fanek.
To dobry pomysł, czemu nie? Ale nie lubię za dużo dyskutować o książkach, wolę je przeżywać i rozmawiać o nich z najbliższymi osobami.

Czego szukasz w literaturze?
Ucieczki do innego świata. Przyłapałam się na tym, że ostatnio coraz bardziej oddalam się ku nierzeczywistej, alternatywnej przestrzeni. Idąc ulicą, robię to sztucznie – czuję, że gram, że chcę iść niczym postać z książki czy serialu.

Chyba ogólnie nie jesteś przywiązana do codziennych, prozaicznych czynności? Jak w waszej piosence „Nie gotujemy”.
Nie. Lubię gotować, choć nie za bardzo umiem. Miałam na myśli to, że za sprawą książek i seriali rzeczywistość traktuję nieco umownie, jakby to była tylko scenografia. Tak mocne wczuwanie się w fikcyjne postaci pomaga mi w pisaniu. Dla przykładu – czytam o narkomanie, po czym tak dobrze potrafię się wczuć w jego postać, że piszę piosenkę, po usłyszeniu której ludzie mogliby pomyśleć, iż sama biorę narkotyki lub byłam na odwyku. To cenna umiejętność.

Pozwala też intelektualnie przepracować pewne trudne kwestie. Gdy cię później dotykają lub spotykasz się z nimi w swoim otoczeniu, masz je już niejako oswojone, wiesz, jak zareagować.
To najpiękniejsze, co daje nam kultura – to, że przez chwilę możemy być kimś innym, dzięki czemu poszerza się nasza wyobraźnia i empatia. Dziwię się, że tak wiele osób to sobie odbiera.

Jedna z piosenek The Dumplings, „Możliwość wyspy”, jest nawiązaniem do książki Michela Houellebecqa. W Teatrze Wybrzeże grasz i śpiewasz w spektaklu na podstawie innej powieści tego francuskiego pisarza, „Mapa i terytorium”. Jak go postrzegasz? Jedni uważają go za pornografa i nihilistę, inni za moralistę i romantyka.
Na pewno nie jest „normalny” – wystarczy obejrzeć na YouTubie, jak tańczy do piosenki Black Sabbath. Moim zdaniem to człowiek bardzo wrażliwy i przenikliwy, który postrzega rzeczywistość przez halkę, tak jakby niemal widział ją nagą. Pierwszą książkę Houellebecqa kupiłam dawno temu, kryjąc ją przed tatą, który przestrzegał mnie, że to lektura nie dla mnie, co oczywiście było dla mnie wielką zachętą. Teraz występuję w spektaklu „Mapa i terytorium” – po raz kolejny moja fascynacja z dzieciństwa ma swój nieoczekiwany ciąg dalszy.

Jak oceniasz swoje pokolenie?
Nie oceniam. Po prostu nie trzymam z rówieśnikami, prawie wszyscy moi znajomi są ode mnie starsi. Co więcej, są to niemal wyłącznie osoby związane z kulturą. Nie mam oglądu na większą część społeczeństwa, żyję w bańce mydlanej. Chociaż ostatnio kręciliśmy klip w poprawczaku, co było niesamowitym przeżyciem. Poznaliśmy świetnych chłopaków, dawno nie widziałam tak cudownych i wrażliwych ludzi. Po tym, co przeszli, stali się bardzo uczuciowi. Powiedzieli też, że jak będziemy mieli jakiś problem na mieście, to zawsze możemy się do nich zwrócić i nam pomogą. Teraz czuję się naprawdę bezpiecznie…

W zeszłym roku w twoim życiu zaszła duża zmiana, przeprowadziłaś się ze Śląska do Warszawy.
Tak. I pokochałam Warszawę, a nie przypuszczałam, że tak się stanie, bo jestem bardzo przywiązana do Śląska. Czuję się Ślązaczką, cała moja rodzina używa śląskiej gwary, w domu również mówię tym językiem. Miałam też na Krymie rodzinę, do której jeździliśmy, gdy byłam mała, więc nieco znam język rosyjski. Teraz ze względów politycznych nie mogę się tam wybrać, chociaż uważam Krym za najpiękniejsze miejsce na Ziemi. Wciąż pamiętam jego zapach, klimat, którego nie da się opisać. W moim domu zawsze bardzo ważna była rodzina i nasze korzenie. I to też z niego wyniosłam. Wiele zawdzięczam rodzicom – wychowanie, wykształcenie muzyczne, rozwijanie zainteresowań literackich.
Ciekawe jest to, że mimo fascynacji muzycznych, literackich i teatralnych poszłaś na studia psychologiczne.
Zapisałam się na studia psychologiczne po maturze, ale akurat pierwszego października zaczęłam próby w teatrze w Gdańsku, które pochłaniały tyle czasu, że nie byłam w stanie dotrzeć na zajęcia. Niemniej zamierzam iść na studia, chciałabym być seksuologiem. Marzy mi się rozpoczęcie jakiejś rewolucji seksualnej.

Piszesz piosenki o miłości i chcesz studiować seksuologię. Na miłość patrzysz romantycznie i idealistycznie czy raczej „życiowo”?
Niedawno moje romantyczne spojrzenie na miłość połączyłam z życiowym, ponieważ po raz pierwszy naprawdę się zakochałam. Stało się to rok temu i oczywiście jest to miłość nieszczęśliwa. Doświadczenie miłości niesamowicie zmieniło moje życie. Spowodowało, że inaczej patrzę na sztukę, wpłynęło na pisanie. Czuję, jakbym odkryła nowy kontynent. To wydarzenie tak ważne w moim życiu, że mogę je podzielić na dwie ery – sprzed zakochania i po. Stałam się innym człowiekiem. Jestem bardziej dojrzała i kulturalna, wcześniej byłam łobuzem. To piękne, ale zarazem bardzo smutne.

Nie planujesz więcej diametralnych zmian w życiu?
Zdecydowanie nie, nie wyobrażam sobie nawet. Zresztą nie potrafię robić niczego innego poza śpiewaniem i pisaniem, to są moje jedyne umiejętności. To też mnie zasmuca, bo tak wiele bym chciała, na przykład uprawiać dużo sportu.


Nagrałaś utwór z okazji rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego w ramach projektu Voo Voo Placówka ’44. Jak oceniasz wzmożony patriotyzm wśród młodzieży, której część nosi bluzy z godłem lub biało-czerwone opaski? Mówi się wręcz o modzie na pop-patriotyzm.
Nie mam nic przeciwko świętowaniu ważnych wydarzeń historycznych, ale nie rozumiem takiego obnoszenia się z symboliką. To, że założysz opaskę, jeszcze nic nie znaczy. Dla mnie wielką wartość – artystyczną i patriotyczną – ma to, co zrobili na przykład Voo Voo. Nagrali album z tekstami napisanymi na konkurs poetycki ogłoszony w trakcie Powstania Warszawskiego. Ja miałam zaśpiewać „Dziś idę walczyć, mamo”, czego przez długi czas nie byłam w stanie zrobić. Utwór był tak wzruszający, że bez przerwy płakałam. Dla mnie właśnie taki projekt jest przejawem prawdziwego patriotyzmu. Graliśmy koncert w Muzeum Powstania Warszawskiego. Po występie podeszli do mnie wzruszeni powstańcy i zaczęli mi dziękować. Jednemu z nich powiedziałam: „To pan mi dziękuje? Za co? Powinno być na odwrót. To ja wam muszę dziękować. Śpiewanie tutaj to był mój obowiązek”.

Jak taka wrażliwa osoba radzi sobie na co dzień?
Właśnie sobie nie radzę. Mam dużo emocjonalnych problemów, mnóstwo rzeczy doprowadza mnie do płaczu, wzrusza. Potrafię się rozpłakać, gdy idąc ulicą, spojrzę na witrynę sklepu, która z czymś mi się kojarzy. Nie wspominając o oglądaniu filmów – nie da się ich ze mną oglądać, bo non stop płaczę jak bóbr.

Jak odbierasz coraz bardziej niespokojną rzeczywistość dookoła? Sam od pewnego czasu boję się nawet włączyć Facebooka, bo widzę coraz więcej informacji o tragicznych wydarzeniach ze świata.
Bardzo źle. W moim przypadku każda informacja o tragedii przekłada się na bezsenność. Mamy ogromny dostęp do informacji, ale są to przede wszystkim złe wiadomości. Nie powinniśmy się skupiać na złych rzeczach, bo przyciągamy ich jeszcze więcej.

***

Justyna Święs – wokalistka, autorka tekstów i piosenek. Jako The Dumplings w duecie z Kubą Karasiem nagrała dwa albumy, a w 2015 roku otrzymała Fryderyka w kategorii debiut roku. Gościnnie występowała na płytach m.in. Voo Voo, Fisza i Emade, Wojtka Mazolewskiego i zespołu Rysy.

foto Magda Wünsche & Aga Samsel
stylizacja Paweł Kędzierski
makijaż Pola Dźwigała
włosy Gor Duryan/D’Vision Art
grafika Anna Czuż
scenografia Ewa Iwańczuk
asystent fotografówDaniel Sówka
asystentka stylisty Małgorzata Salamon
Podziękowania dla Pin-Up Studio