Na tej stronie korzystamy z cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia w przeglądarce internetowej

OK
5 listopada 2016

Kasty VHS wracają! I nie jest to hipsterska moda, a przynajmniej nie tylko.

tekst: BARTOSZ CZARTORYSKI

tekst pochodzi z K MAG#83,

Jak to mówią, „lepsze jest wrogiem dobrego”. Może dlatego w odległych czasach, kiedy nikomu jeszcze nie śniło się HD ani dyski czytane przez laser, opracowany przez Sony format Betamax przegrał z kretesem z kasetami VHS. Rzecz jasna, na tym technika nie przystopowała. Dzisiaj chętnie oglądamy filmy w 4K i na BD, a wszystkie te literki, cyferki i symbole komu mają mówić to, co powinny, temu mówią. I choć osiedlowe wypożyczalnie nie istnieją od lat, nie wszyscy wyrzucili magnetowidy na śmietnik. Ba, niektórzy wręcz rzucili wyzwanie cyfrowej rewolucji. Kierując się w pełni świadomym wyborem, nie chcą się przestawić na nośniki doskonalsze niż wysłużone kasety. I to nie tylko kwestia sentymentu.

old-tv-1149416_960_720

Pokolenie – dzisiaj trzydziestoparoletnich – oglądaczy kina klasy „B” wychowało się na oglądanych z VHS tanich iporrorach, produkowanych taśmowo filmach akcji i przesyconych sucharami komediach. I nie trzeba dyplomowanego socjologa, żeby dojść do konkluzji, iż jest to wycieczka w czasie do okresu, gdy kino dopiero odkrywano, a za sprawą kaset właśnie uległo procesowi błyskawicznej demokratyzacji. Nagle przed każdym obywatelem otworzyła się biblioteka licząca tysiące pozycji. Magnetowidy można było przygarnąć, wedle życzenia, choćby tylko na weekend, by obejrzeć nowości. Oferta byle jakiego przybytku X muzy, oferująca wypożyczanie kaset, przewyższała to, co miały do zaproponowania kina. Często próżno było w nich szukać przygód Jasona i jego maźniętej sztuczną krwią maczety czy kultowych naparzanek ze Stevenem Seagalem. Lecz o powrocie kaset do łask, jak już zostało powiedziane, zadecydowała nie tylko nostalgia, ale też pragmatyzm. Szacuje się bowiem, że około połowa wydanych na VHS tytułów nadal nie ujrzała światła dziennego w formacie DVD (o Blu-ray nawet nie wspominając). Można śmiało rzec, że kolekcjonerzy staroci przyczyniają się do ocalenia porządnego kawału dziedzictwa popkultury. Za kilka lat może się okazać, że dysponują unikatowymi egzemplarzami filmu, który uchował się jedynie na paru znalezionych na strychu kasetach.

Dirty Dancing” na VHS był szczęściem i zmorą mojego dzieciństwa. Chciałam tańczyć ubrana w stanik. Chciałam mieć mokrą włoszkę i chłopaka w skórze i na motocyklu… Ania Kuczyńska opowiada o brudnym tańcu

Podobnie jest zresztą ze zwiastunami przed filmem na VHS i okładkami – często rysowanymi ręcznie lub takimi, których projekty znacząco się różnią od tych widniejących na oficjalnym plakacie filmu czy płytowym wydaniu danego tytułu. W żadnym sklepie nie dostaniemy dzisiaj „Gwiezdnych wojen”, gdzie Han Solo strzela pierwszy, ani „Na przedmieściach” Richarda Linklatera, o mniej znanych produkcjach nie wspominając. Czyli żadna to hipsterska moda, bezproduktywne hobby czy pretensjonalna rozrywka dla cierpiących na nadmiar wolnego czasu, ale archiwizacja światowego dorobku kinematograficznego. I nie ma w tym cienia ironii. Znajdowanie dawno zapomnianych lub intensywnie poszukiwanych przez kolekcjonerską rzeszę kaset wywołuje dreszczyk emocji. Prawdziwi maniacy przeczesują nie tylko aukcje internetowe, ale też zlikwidowane wypożyczalnie, których byli właściciele często trzymają poupychane w kartonach w zatęchłych piwnicach skarby. Pożądają zarówno oryginalnych taśm, jak i tak zwanych stadionówek, czyli przygotowanych chałupniczym sposobem ordynarnych piratów – zwykle kilku filmów ponagrywanych na jednej taśmie, z czytającym aktorskie kwestie amatorem. Zresztą fascynacja kulturą VHS – bo można już o takim zjawisku mówić, gdyż nie tylko o kasety tutaj chodzi, ale o specyficzne podejście do samego obcowania z zarejestrowanymi na nich filmami – nie ogranicza się tylko do zbieractwa.

Organizuje się specjalne pokazy, niekiedy z lektorem na żywo. Przykładem może tu być prestiżowy festiwal, jakim jest poznański Transatlantyk, kierowany przez nagrodzonego Oscarem kompozytora Jana A. P. Kaczmarka, gdzie ścieżki dialogowe do „Re-animatora” Stuarta Gordona czytał głos-legenda Tomasz Knapik. Prym w organizowaniu pokazów kasetowej klasyki wiedzie obchodzący w tym roku szóste urodziny kolektyw VHS HELL, który zaczynał od lokalnych seansów dla grupek znajomych, a dzisiaj pokazuje filmy dla setek widzów, między innymi na Nowych Horyzontach. Nie są to bynajmniej wszystkie przejawy triumfalnego powrotu, a może raczej manifestowanej z lubością tęsknoty za kasetami. Przeglądając Internet, można z łatwością znaleźć zaprojektowane przez fanów okładki nowych hitów kinowych i seriali utrzymane w estetyce sprzed lat. Zapaleńcy kręcą dokumenty o swojej fascynacji. Niemałą popularność zdobyła nakręcona przez wschodzące gwiazdy amerykańskiego horroru niezależnego trylogia „V/H/S”, istny list miłosny skierowany zarówno do kina grozy, jak i do zmurszałego nośnika. A będzie ich zapewne jeszcze więcej, bo młodsza generacja też kiedyś zechce odkrywać filmy, na których wychowali się ich rodzice. I nie będzie trzeba daleko szukać, bo kasety dumnie prężą grzbiety na półkach.