Na tej stronie korzystamy z cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia w przeglądarce internetowej

OK
30 grudnia 2016

Miłość w czasach internetu. Jak romansować i nie umrzeć

Miłość staniała, rozsądek zdrożał. Nowe technologie rozwiązały wiele miłosnych trosk, ale przyniosły też kolejne.

Banałem jest stwierdzenie, że w dzisiejszych czasach wszystko dzieje się szybciej niż dawniej. Uczestniczymy w tym pędzie i poddajemy się mu, ale nie zawsze zdajemy sobie sprawę, jak duże piętno odciska on na naszej osobowości, jak gwałtowne zmiany zaszły w relacjach międzyludzkich w ostatnim dwudziestoleciu i jak łatwo w tym wszystkim się zatracić. Nie mamy czasu na refleksję, bo za rogiem czekają kolejne wyzwania i atrakcje. Przyzwyczajeni jesteśmy już na dobre i złe do błyskawicznego dostępu do informacji i wszelkich innych treści oraz do łatwej wymiany wiadomości niezależnie od miejsca, w którym się znajdujemy. Nie dziwi zatem, że i w romansowaniu staliśmy się mniej cierpliwi, a przy tym chcemy coraz więcej i lepiej. Gdyby popatrzeć chłodnym okiem na to jak wykorzystujemy nowe technologie w stanie miłosnego uniesienia lub w jego poszukiwaniu, można by w wielu przypadkach załamać ręce. Wiadomo, że od zawsze stan zakochania i silnego pożądania bliski był szaleństwu i odurzeniu narkotykami, ale narzędzia, którymi dziś dysponujemy, spowodowały, że zjawiska występujące od wieków się nasiliły, a wręcz spotęgowały. Dziś o romans łatwiej, ale o rozsądek znacznie trudniej.

Mam numer – mam problem

Jeśli nasza samoocena nie należy do najwyższych lub czujemy się niepewnie w danej relacji romansowej, szczególnie u jej początków, podczas wymiany wiadomości tekstowych z obiektem westchnień zdarza się nam spędzać długie godziny zerkając co chwilę na telefon w oczekiwaniu na odpowiedź. Gdy ta nie nadchodzi, snujemy katastroficzne wizje na temat tego, co mogło być przyczyną milczenia drugiej strony. Czy zawiodła technologia i wiadomość zaginęła w czeluściach sieci (nawet jeśli pojawił się napis „odczytano”)? Czy nasz wybranek został porwany przez rosyjską mafię? A może nie spodobał się użyty przez nas wyraz i to jest powodem odrzucenia? Wyobraźnia w takich przypadkach niezwykle się wyostrza nawet u osób, które na co dzień twardo stąpają po ziemi. W świecie, w którym na wielu polach nasze potrzeby są błyskawicznie zaspokajane, nie tolerujemy opóźnień. Gdy czegoś nie otrzymujemy w oczekiwanym przez nas czasie, a na dodatek w tle są silne uczucia, pojawiają się niepokój, złość, a nawet urojenia.

A jeśli już ktoś odpisał po dłuższej przerwie, to rewanżować się tym samym i też zwlekać z kolejną wiadomością, czy też odpowiedzieć od razu? Co robić, jeśli na naszą obszerną wypowiedź odpisano jednym zdaniem – dać sobie spokój czy skracać również swoje kolejne wynurzenia? Wymiana wiadomości tekstowych sprawia, że łatwo poddajemy się wyrafinowanej i, patrząc z boku, absurdalnej grze. W przeciwieństwie do rozmowy telefonicznej i twarzą w twarz, gdzie występuje ciągłość, tu przed każdą odpowiedzią mamy czas na zastanowienie i planowanie, który możemy dowolnie wydłużać. A tekst nie wybacza – w tradycyjnej rozmowie możemy poprawić przejęzyczenie albo szybko obrócić niezręczność w żart, wysłana wiadomość zaś nie pozostawia takiego szerokiego pola manewru. To powoduje wahania i zwlekanie u osób, które nie są przekonane, czy konwersacja ma sens, a z drugiej strony – u tych, którym bardziej zależy – męki nad dopieszczaniem tekstu i analizowanie każdego wyrazu. Stwarza też pokusę, by opóźnianiem i skąpieniem odpowiedzi budować napięcie, podsycać pożądanie i wzmagać niepewność. Wiadomo, że owoc zakazany lub trudno dostępny jest najbardziej kuszący. Liczne eksperymenty naukowe na zwierzętach i ludziach dowiodły, że walka o niepewną nagrodę podnosi znacząco poziom dopaminy, czyli hormonu szczęścia, może być zatem uzależniająca niczym gra w hazard i fascynować o wiele bardziej niż kontakty z obiektem, który mamy na wyciągnięcie ręki. Jeśli zbyt często to my zaczynamy rozmowę lub odpisujemy szybciej niż druga osoba, możemy być odebrani jako nadgorliwiec, natręt lub łatwy łup, i stracić jej zainteresowanie.

Przeczytajcie też o książce „Slow Sex. Uwolnij miłość” o poszukiwaniu satysfakcjonującego i radosnego seksu.

Problem pojawia się również w momencie, gdy już definitywnie nie mamy ochoty kontynuować wymiany wiadomości z kimś, kto nas nagabuje. Zwykle udajemy wtedy wciąż zajętego lub po prostu nie odpisujemy (powodując wspomniane wcześniej paranoje u adoratora), zamiast być szczerymi, mimo że na pytanie o to, czy, stawiając się po drugiej stronie, wolelibyśmy być zwodzeni czy znać prawdę, większość z nas deklaruje, że lepiej wybrać drugą możliwość. W praktyce jednak chcemy oszukiwać i być oszukiwani. Oczywiście są szczęśliwe przypadki, gdy obie strony od początku wykazują inicjatywę i doskonale się rozumieją – wtedy wszystkie opisane wyżej zjawiska występują w o wiele mniejszym nasileniu. Są też mniej szczęśliwe przypadki, za to klarowne, kiedy jedna z osób od razu ucina dyskusję, gdyż woli nie brnąć w dwuznaczną i bezcelową relację. Koncentracja komunikacji na wymianie wiadomości tekstowych, najpierw dzięki SMS-om, później komunikatorom internetowym, a dziś serwisom społecznościowym, sprawiła że łatwiej przełamać lody i zagaić do osoby, do której nie miało by się odwagi zrobić tego w twarzą w twarz, ale jak widać, ma to swoje liczne minusy. Łatwiej też kogoś obrazić, o czym świadczą sprośne wiadomości, jakie czasem otrzymują dziewczyny od anonimowych amantów. Łatwiej również się rozstać – kiedyś rzucenie kogoś za pomocą SMS-a było oznaką bezczelności, dziś wydaje się niemal naturalne, szczególnie w przypadku mniej zażyłych relacji. Ileż Bogu ducha winnych telefonów zostało przez to rzuconych o ścianę.

Klęska randkowego urodzaju

Lekiem na udręki i niepewność, które zwykle oznacza poszukiwanie drugiej połowy w szkole, pracy, na ulicy czy w klubie są serwisy randkowe. O ile do niedawna kojarzyły się z azylem dla osób mających duże problemy ze znalezieniem partnera, obecnie, głównie dzięki Tinderowi, taka forma poznawania ludzi nieoczekiwanie nie jest już czymś wstydliwym i stała się częścią wielkomiejskiego lajfstajlu. Tinder spełnia odwieczne marzenie o tym, by czytać w myślach drugiej osoby – dzięki matchowaniu, czyli „obopólnej zgodzie”, wiemy że nasze zainteresowanie wobec nieznajomego jest odwzajemnione, co ogranicza znacznie nietrafione zaloty. Potencjalnych partnerów do romansowania mamy tu na wyciągnięcie kciuka, są dostępni są niczym produkty na półce w supermarkecie, jednak wielość możliwości powoduje, że wpadamy w paraliż decyzyjny. Im większy wybór, tym trudniej o decyzję, nasze mózgi bowiem nie zawsze sobie radzą z klęską urodzaju. Aziz Ansari, autor książki „Modern romance”, w której opisuje szeroko współczesne oblicze randkowania, przytacza wynik eksperymentu przeprowadzonego przez Sheenę Iyengar z Uniwersytetu Columbia. Badaczka urządziła w pewnych delikatesach stoisko z dżemami, gdzie za jednym razem było do wyboru 6 smaków, a za drugim – 24. Do drugiego ze stoisk klienci podchodzili znacznie częściej, jednak po degustacji decyzja o zakupie zapadała rzadko. Stoisko z 6 różnymi smakami cieszyło się mniejszym zainteresowaniem, ale na zakup decydowano się tu aż dziesięciokrotnie częściej. Ten sam mechanizm może działać w przypadku poszukiwania partnera.

Przeglądając niezliczoną ilość zdjęć i otrzymując kolejne matche podnosimy nasze standardy i tworzymy sobie wyidealizowany obiekt, do którego nikt w rzeczywistości nie przystaje. Są osoby, które nawet idąc na spotkanie z osobą poznaną na Tinderze, przerzucają kolejne zdjęcia w aplikacji z nadzieją na znalezienie kogoś jeszcze ciekawszego i atrakcyjniejszego. Nie dajemy też szansy tym, którzy w pierwszej chwili nam nie odpowiadają z błahego powodu, bo np. mają inny gust filmowy – przecież w zanadrzu mamy tyle innych matchy. To powoduje, że poszukiwanie idealnego partnera zaczyna przypominać szukanie najlepszego operatora sieci telefonii komórkowej lub odpowiedniego modelu komputera – w obliczu tak dużej ilości ofert, gdy w końcu dokonujemy w naszym mniemaniu słusznego wyboru, mamy poczucie, że straciliśmy lepszą okazję, mimo że dostajemy to, czego jeszcze niedawno tak bardzo pragnęliśmy. Chcemy więc szukać dalej. Takie niezadowolenie to nieodłączny element mechanizmu pragnienia. Niewątpliwie serwisy randkowe, a Tinder zwłaszcza, upowszechniają kulturę związków bez zobowiązań i łatwych zmian partnera. Wielu osobom jednak udaje się nad tym zapanować – kolejne tinderowe randki przynoszą cenne doświadczenia, aż w końcu udaje się znaleźć tę właściwą osobę, powiedzmy że na całe życie. Takim szczęśliwcom pozostaje pogratulować umiaru. Często jednak wyczerpani poszukiwaniami zostajemy z niczym lub wybieramy kogokolwiek.

Przeczytajcie też o tym, że kobieca monogamia to mit. Kobiety bardziej niż mężczyźni pragną seksu.

Kochajmy się

Gdyby młody Werter miał smarftona z zainstalowanym Tinderem, zapewne tyle by nie cierpiał i nie zabiłby się z miłości do Charlotty. Możliwe jednak, że po włączeniu tej aplikacji na widok przytłaczającej liczby potencjalnych partnerek i tak strzeliłby sobie w głowę, z powodu niemocy decyzyjnej lub przerażenia tym, w jak powierzchowny sposób szuka się tu miłości. Może zamiast przerzucać kolejne fotki i wpadać w błędne koło potęgowania pragnień, szukając nieistniejącego ideału, lepiej obejrzeć się wokół siebie i mówić w bardziej otwarty sposób z osobami, które są nam bliskie. Jak wynika z badań przeprowadzanych w brytyjskich hospicjach, podobno jedną z pięciu rzeczy, których ludzie żałują przed śmiercią, jest to, że nie wyznawali uczuć. Co jednak wtedy, gdy wyślemy do kogoś bliskiego szczerą wiadomość z wyznaniem miłosnym, a on długo nie będzie odpisywał? Pozostaje nam obserwować na Facebooku jego aktywność i zobaczyć ile rzeczy jest dla niego bardziej priorytetowych niż my.

Tekst zainspirowany książką Aziza Ansariego „MODERN ROMANCE Miłość w czasach Internetu”, Wydawnictwo Józef Częścik

Nota wydawnicza: Aziz Ansari, niezwykle popularny amerykański komik stand-upowy, napisał książkę o randkowaniu w erze smartfonów i portali społecznościowych. Tezy poparł jednak badaniami, których nie powstydziłaby się niejedna książka naukowa. Bestseller „New York Timesa” jest dostępny w sprzedaży w księgarniach.

Książka została oparta na ogromnym projekcie badawczym przygotowanym przez Ansariego i profesora socjologii z Uniwersytetu Nowojorskiego Erika Klinenberga – setkach wywiadów oraz badań fokusowych przeprowadzonych w ciągu dwóch lat na całym świecie, od Tokio przez Paryż aż po Buenos Aires. Cel był konkretny, skoncentrowany wokół pytania: czy technologia i nieograniczone możliwości wyboru partnera rzeczywiście ułatwiają nam znalezienie drugiej połówki?

Na to i wiele innych pytań czytelnik znajdzie odpowiedzi w książce. Aziz nie ocenia, ukazuje różne aspekty relacji męsko-damskich (tych dotyczy książka) w sieci, czasem prześmiewczo, a czasem poważnie dzieli się swoimi rozważaniami. Pisze o sekstingu, zdradzaniu, szpiegowaniu i zrywaniu, cytuje najgorsze SMS-y ever, sprawdza, jak to robią w Buenos Aires, a jak w Tokio. Zabiera czytelnika w zaskakującą podróż po świecie współczesnych związków.