Na tej stronie korzystamy z cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia w przeglądarce internetowej

OK
10 października 2016

Rodzinna atmosfera panowała też niedzielę – o dziesiątej rano „Disco Polo”, potem msza święta, wieczorem „Dr. Quinn”.

Dawid Ogrodnik opowiada o przygodach z VHS-em.

tekst JAN STĄPOR
foto Gosia Turczyńska

Dawid Ogrodnik ma zaledwie trzydzieści lat, a na swoim koncie role w takich filmach jak „Jesteś Bogiem” Leszka Dawida, oscarowa „Ida” Pawła Pawlikowskiego, „Chce się żyć” Macieja Pieprzycy czy „11 minut” Jerzego Skolimowskiego. Od 30 września możemy oglądać go w „Ostatniej Rodzinie” Jana P. Matuszyńskiego, gdzie wcielił się w rolę syna Zdzisława Beksińskiego.

Na początek… Jakiej muzyki ostatnio słuchasz? Co znajduje się na twojej playliście?

Wbrew pozorom to dość trudne pytanie, bo niewiele utworów wywołuje we mnie nowe doznania. Przygotowując się do roli Tomka Beksińskiego w „Ostatniej Rodzinie”, przez rok słuchałem właściwie tylko rocka. Przede wszystkim Marillion, w każdym możliwym momencie. Zapoznałem się z większością płyt z lat 70., 80. i 90., o których Tomek pisał na łamach magazynu „Tylko Rock”. To była niesamowita podróż, nieco przypominająca tę z filmu „Jesteś Bogiem”. Mam tu na myśli atmosferę i klimat, którymi nasiąkasz, kultywując jeden rodzaj muzyki. Teraz szukam czegoś nowego, choć zawsze będę wracał do Milesa Davisa, Kenny’ego Garretta i Charliego Parkera.

Tematem przewodnim aktualnego numeru K MAG-a są kasety wideo.
Niedawno zamknęli ostatnią fabrykę, która je produkowała. To już chyba definitywny koniec ery VHS-ów. Choć z drugiej strony, egzemplarze kolekcjonerskie kosztują teraz fortunę. Pewnie tak szybko o nich nie zapomnimy.

Jak wspominasz okres ich świetności?
Film o Beksińskich to wycinek czasu między 1978 a 1999 rokiem, czyli właśnie okres świetności tego nośnika. Rok spędzony przy produkcji filmu to czas spędzony przed magnetowidem. Tomek był zagorzałym koneserem i kolekcjonerem VHS-ów, stworzył własne homevideo, którego był reżyserem, montażystą i głównym bohaterem. W prezencie dostałem oryginalną kasetę z kolekcji „Beksy” z jego precyzyjnym i wyjątkowym, nawet jak na dzisiejsze czasy, tłumaczeniem. Przeglądając ten swoisty pamiętnik, czułem, jakbym cofnął się w czasie do własnego dzieciństwa. Zobaczyłem, jak ważne i funkcjonalne były niegdyś kasety wideo, a dzisiaj są reliktem przeszłości. Przypomniał mi się duży, chłodny pokój na wsi i stojący w kącie pierwszy magnetowid, jaki kiedykolwiek widziałem. Pamiętam, jak nastąpił boom na kultowość VHS – pożyczanie, wypożyczanie, nagrywanie i pierwsze próby operowania kamerą. W domu nie mieliśmy odtwarzacza, więc pożyczaliśmy go od rodziny lub oglądaliśmy u niej, spędzając tym samym więcej czasu razem. Rodzinna atmosfera panowała też w każdą niedzielę – o dziesiątej rano program „Disco Polo”, potem msza święta, wieczorem „Dr. Quinn”. Takie rzeczy zostają w pamięci, zacieśniały więzy.

Sprawiasz wrażenie rodzinnej osoby.

Jestem w takim wieku, że przestaję myśleć tylko o sobie. W którymś momencie zaczynasz odczuwać naturalną potrzebę wejścia w kolejny etap życia i właśnie coś takiego we mnie wzrasta. Jeśli ktoś ma i chce poświęcić czas na wychowanie dziecka, zmierzyć się ze wszystkimi niebezpieczeństwami, jakich dostarcza nam dzisiaj świat zewnętrzny i wirtualny, staje przed wielkim wyzwaniem. We mnie wywołuje ono jeszcze lęk i strach, ale jednocześnie podziwiam i szanuję ludzi, którzy decydują się na macierzyństwo, ponieważ miłość jest nieskończona.

Czy jest film, który mógłbyś oglądać niezliczoną ilość razy?

Jestem jedną z tych osób, które w kółko słuchają jednej piosenki, po czym któregoś dnia zupełnie przestają. Podobnie jest z filmami. „Gladiatora” obejrzałem tak wiele razy, że jestem w stanie rozpoznać scenę po samym motywie muzycznym. Duże wrażenie zrobił na mnie „Oldboy” z Trylogii Zemsty Chan-Wook Parka, ale nie mogę oglądać go zbyt często, ponieważ wzbudza we mnie poczucie niepokoju i zagrożenia. Jest mocno psychodeliczny, dlatego widziałem go może cztery czy pięć razy w dużych odstępach czasowych. Z prostego powodu coraz rzadziej oglądam kilkukrotnie te same filmy – chcę zobaczyć jak najwięcej, a czasu nie odczuwam już tak beztrosko jak kiedyś. Jednak na pewno wrócę do Xaviera Dolana, którego niedawno odkryłem. „Mama” to jak dotąd mój ulubiony film jego autorstwa. Uwielbiam też „Życie Adeli” Abdellatifa Kechichego, które wywróciło do góry nogami moje myślenie o aktorstwie.

Mamy teraz do czynienia z istnym wysypem seriali. Oglądasz jakieś?

Genialny „Olive Kitteridge” o przemijaniu, czyli czymś, co będąc w naszym wieku, trudno zrozumieć. Zawsze się buntowałem, kiedy ktoś starszy mi powtarzał: „Jak będziesz w moim wieku, to zrozumiesz”. Dopiero wchodzenie w kolejne fazy życia, zmiany w organizmie i psychice sprawiają, że na pewne sprawy zaczynamy patrzeć inaczej niż do tej pory. Gdyby się zastanowić, to w tym na pozór banalnym zdaniu zamknięta jest kwintesencja fabuły „Olive Kitteridge”. Teraz kończę czwarty sezon „House of Cards”, za sprawą Tomka Beksińskiego poznałem cały dorobek grupy Monthy Pythona. Najważniejsze jest to, co powiedział papież Franciszek: „Żeby nie siedzieć bezczynnie na kanapie, tylko chociaż puścić sobie coś, co nas interesuje”… No to teraz dałem! [śmiech]

Tomek należał do rodziny, o której jeszcze nie tak dawno, bo kilkanaście lat temu, było bardzo głośno. Wcielenie się w taką postać to wyzwanie? Jak myślisz, jaki będzie odbiór filmu? Historia rodziny Beksińskich jest dosyć tragiczna, w dodatku dotyczy jednego z najbardziej znanych polskich artystów.
Nigdy nie narzucam sobie mierzenia się z wyobrażeniem o ludziach, nie zastanawiam się nad oczekiwaniami. Mierzę się z bezcennym czasem, niezbędnym, by wczuć się w daną postać, a tego potrzebuję sporo.

Nie wiem, jak film zostanie odebrany, ale przypuszczam, że w sposób wielowymiarowy. Nie ma tu jednej puenty. Na festiwalu w Locarno spotkaliśmy się z bardzo ciekawą reakcją międzynarodowej publiczności. Były to pierwsze opinie, ale utwierdziły nas w przekonaniu, że przedstawiona historia ma rację bytu. Najbardziej ciekawią mnie właśnie opinie „na gorąco”. Po przemyśleniach zdania zawsze są podzielone – jedni powiedzą, że film im się podobał, inni go odrzucą, a jeszcze inni wejdą w niego głębiej.

Pracowałeś z wieloma znanymi reżyserami. Jak wyglądała współpraca z Pawłem Pawlikowskim, którego „Ida” zdobyła Oscara, a jak z debiutującym Jankiem Matuszyńskim przy okazji „Ostatniej Rodziny”?
Paweł Pawlikowski to absolutny perfekcjonista! Przyglądanie się jego pracy, temu, jak panuje nad wszystkim, to wielka przyjemność. Potrzeba było wiele zaufania, by robić to, czego od nas wymagał, i jednocześnie czuć się komfortowo, ale niewątpliwie była to wartościowa lekcja i jednocześnie sprawdzian. Natomiast Janek dopiero się rozwija. Niemniej urzekło mnie to, jak bardzo wyczulony jest na detale, którymi budował wiarygodność kreowanego świata. Zadawał wiele pytań, odkrywał człowieka, ale dostrzegał w nas więcej niż same gesty, miny czy karykaturalne aktorstwo – i to mnie przekonało. Janek podejmuje się pracy nad takimi tematami i stawia je w takim świetle, że według mnie nie sposób przejść obojętnie obok jego twórczości.

Co cię napędza?
To dobre pytanie! Chwilowo nie mam zajawki. Kieruję swoim życiem w swoim tempie, raczej szukając impulsu. To jest taka paralela do naszej rozmowy o muzyce – szukam i próbuję nie poddać się rzeczywistości.


Udaje ci się to?
Nie chcę tego oceniać, tak po prostu jest. Myślę, że wielu ludzi, którzy starają się poradzić sobie w życiu, tak ma. Cytując Magika, który przyszedł mi właśnie do głowy: „Nie poddawajcie się i walczcie”. Dopóki ludzie chcą walczyć, to ja jestem wśród nich.

To dopiero jest dobra puenta!
To się okaże [śmiech].