Na tej stronie korzystamy z cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia w przeglądarce internetowej

OK
4 grudnia 2016

The Lumineers roznieśli warszawski klub Palladium. Rozmawialiśmy z zespołem o tym, co łączy „Sleeping On The Floor” i „Cleopatrę”

The Lumineers to zespół założony w 2005 roku przez dwóch przyjaciół, Wesleya Schultza i Jeremiah’a Fraites’a. W listopadzie grupa zawitała do Warszawy. W wypełnionym po brzegi Kubie Palladium The Lumineers zagrali wspaniały koncert. O ich pierwszej wizycie w Polsce rozmawialiśmy z Neylą Pekárek, wiolonczelistką grupy.

rozmawiał Władek Mychniuk

Jesteś w Polsce po raz pierwszy, masz jakieś skojarzenia z naszym krajem?

Mój najlepszy przyjaciel i jego rodzina pochodzą z Polski, dorastaliśmy razem, jest bardzo szczery i pracowity. To dzięki niemu mam bardzo pozytywne skojarzenia z waszym krajem. Moi dziadkowie pochodzą z Czech, a to w sumie nie tak daleko od was.

Jak się czujecie w Europie?

Byliśmy wiele razy w Niemczech, w Paryżu i Hiszpanii. Widzę wiele pozytywnych różnic między Europą a Stanami.  Podróżowanie to istotna i pouczająca część w życiu człowieka. Uwielbiam tu przyjeżdżać, próbować lokalną kuchnię i poznawać nowych ludzi. Na pozór wydaje się, że wszyscy jesteśmy bardzo od siebie różni. Po bliższym poznaniu okazuje się, że wiele nas łączy.

 

 „Cleopatra” ukazała się na wiosnę, co teraz sądzicie o płycie? 

Chyba zrobiliśmy dobrą robotę, wyszło nam nawet lepiej niż mogliśmy się spodziewać. Tworzenie muzyki nie jest najłatwiejszym zadaniem. Szczególnie po sukcesach poprzedniej płyty, która została bardzo dobrze przyjęta przez fanów. Na szczęście na każdym koncercie widzimy, że znają oni nowe piosenki i śpiewają je razem z nami. Cieszymy się z tego, że popularne są nie tylko znane hity, ale również nowe utwory z „Cleopatry”.

Jaki utwór twoim zdaniem najbardziej odzwierciedla filozofię i nastrój albumu?

„Ophelia”. Cała płyta ma w sobie dużo przeżyć, historii, miejsc. Jest bardziej dojrzała i trochę bardziej mroczna w porównaniu do pierwszej. Myślę, że właśnie „Ophelia” najlepiej przedstawia to wszystko.

Zauważyłem, że pomiędzy trzema teledyskami istnieje pewne powiązanie. 

Masz rację, łączy je postać Cleopatry. Początek jej historii widzimy w „Sleeping On The Floor”. Wątek jest kontynuowany w „Angeli”, a kończy się w teledysku „Cleopatra”. To wszystko zasługa reżysera Isaaca Ravishankara, który często wpada na niebanalne pomysły. Wspaniale spisali się również aktorzy, idealnie wyczuli nastrój utworów i intencje bohaterów.

Ophelia” ma już prawie 30 milionów wyświetleń, „Stubborn love” ponad 40, a „Ho hey” prawie 160 milionów. Czy spodziewaliście się takiego sukcesu na początku swojej drogi?

Nie, wcale tego się nie spodziewaliśmy (śmiech). Naszym celem zawsze było tworzenie dobrej muzyki. Takiej, która odzwierciedla nasze uczucia i doświadczenia. Sukces, który pojawił się później był prawdziwym zaskoczeniem.

Jak się czujesz kiedy słyszysz w radiu wasze własne piosenki?

Cieszę się wtedy jak małe dziecko, choć jednocześnie jest to dziwne uczucie. Szczególnie kiedy jestem w towarzystwie znajomych i nagle zaczyna lecieć jeden z naszych kawałków. W takich momentach jestem nieco skrępowana, bo wszyscy zaczynają patrzeć na mnie. Pierwszy raz usłyszałam naszą piosenkę w radiu, kiedy pracowałam wtedy jeszcze jako niania i wracałam samochodem do domu. Nie mogłam w to uwierzyć. Często dostaję smsy od moich znajomych, że właśnie są na mieście i w lokalu słychać The Lumineers.

Macie już plany na przyszłość? 

Za dwa tygodnie kończymy europejską trasę, przed nami są jeszcze Czechy, Niemcy, Włochy i Szwajcaria. Na święta wracamy do domu, do Stanów. Ten rok był naprawdę bardzo pracowity. W trakcie trasy zagramy łącznie koło 150 koncertów na całym świecie. Już myślimy o trzeciej płycie.

The Lumineers z nowym, bardzo wzruszającym klipem. Każdy potrzebuje odrobiny miłości