Na tej stronie korzystamy z cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody, zmień ustawienia w przeglądarce internetowej

OK
31 lipca 2017

Bez litości. „Wojna o planetę małp” to okrutny komentarz na temat ludzkiej natury

Gdyby rozliczać „Wojnę o planetę małp” z każdej fabularnej dziury, jaka przewija się przez film, szybko stracilibyśmy cierpliwość. Jednak w wyprodukowanym za 150 milionów dolarów widowisku nie o żelazną logikę chodzi.

Zapoczątkowana w „Genezie” wojna dwóch gatunków i tak efektownie przeprowadzona w „Ewolucji”, osiąga punkt kulminacyjny w trzeciej odsłonie. Już w pierwszych sekundach filmu reżyser Matt Reeves daje do zrozumienia, że żarty się skończyły, a miejsca na sentyment pozostało niewiele.
„Wojnę o planetę małp” otwiera bowiem sekwencja powolnego marszu żołnierzy przez gęsty las, który za chwilę stanie się niemym świadkiem masakry. Przez ekran przewijają się napisy początkowe pokrótce streszczające historię, a ich ciemnoczerwona barwa kontrastuje z zielenią i szarymi kaskami bezimiennych wojowników. Napięcie, które przebija z ekranu potęguje muzyczny minimalizm Michaela Giacchino, a widz przez chwilę czuje się jak w klasycznym filmie wojennym. Wrażenie to jednak znika, kiedy pomiędzy żołnierzami wyrasta sylwetka ogromnego goryla. Zwierzę skrada się razem z resztą grupy i porozumiewa z nimi bez większych problemów. Wtedy przypominamy sobie, że to nie rekonstrukcja wojny z przełomu lat 60. i 70., tylko alternatywna rzeczywistość, w której ludzi uśmierca groźny wirus, a małpy zmieniają się w gatunek dominujący. Trzeba nadmienić, że jest to dominacja raczej nieoczekiwana i dla nich samych zaskakująca. Samym małpom daleko do chęci kontrolowania świata. Ten tragiczny w skutkach konflikt jest osią wszystkich części rebootu. Na barki głównego bohatera trylogii, szympansa Caesara, spada odpowiedzialność za cały gatunek. Jest on bohaterem z przypadku, któremu za walkę o przetrwanie za każdym razem przychodzi zapłacić ogromną cenę.

Zrzut ekranu 2017-07-31 o 18.09.31

W „Wojnie o planetę małp” nie jest inaczej. Ukrywające się z dala od ludzkich siedlisk małpy próbują żyć w spokoju. Jednak w homo hapiens budzi się coraz większe pragnienie zemsty na Bogu ducha winnych naczelnych.
Tym razem na przeciw Caesarowi staje demoniczny pułkownik. Rozpoczyna się desperacka walka o przetrwanie.

Zawiedzie się jednak ten, kto spodziewa się lawiny filmowej adrenaliny. W porównaniu do „Ewolucji planety małp”, w której bitewny kurz nie opada, „Wojna” cechuje się wolniejszym tempem. Matt Reeves dawkuje widowiskowe wybuchy skupiając się na wizualnych detalach oraz długich i wolnych ujęciach. Piękne zdjęcia są zresztą zasługą doświadczonego Michaela Seresina („Harry Potter i więźnia Azkabanu”, „Harry Angel”), dla którego to drugie spotkanie z małpią planetą.

Dech w piersiach zapierają stworzone komputerowo małpy, których wygląd twórcy doprowadzili do perfekcji. Andy’emu Serkisowi należą się ukłony za katorżniczą pracę przy ponownym ożywianiu Caesara. Brytyjski aktor nie tylko użycza małpie głosu czy mimiki, ale swojego ciała. Aktor razem z innymi dzień w dzień pracował na planie poruszając się w nienaturalnych pozach i przy pomocy specjalnych małych szczudeł. Efekt końcowy to nie tylko zasługa komputerowego rendera, ale również fizycznej pracy, bez której futrzani bohaterowi wyglądaliby zupełnie inaczej.

Matt Reeves nie zapomina przy okazji o filmowym pierwowzorze z 1968 roku z niezapomnianą rolą Charlesa Hestona. Reżyser przemyca odrobinę świata przyszłości choćby w scenie, kiedy główni bohaterowie podróżują konno wzdłuż plaży. To daje widzowi pełniejszy obraz tego, że rebootowa trylogia jest jednocześnie prequelem do wydarzeń znanych z filmowego dzieła Franklina J. Schaffnera*.

I choć trudno nie pałać sympatią do Caesara i jego pobratymców, to solą w oku są fabularne uproszczenia i dialogowe potknięcia. Gdyby rozliczać „Wojnę o planetę małp” z każdej niespójności, jaka przewija się przez film, szybko stracilibyśmy cierpliwość. Widzów przyzwyczajonych do zdań wielokrotnie złożonych może drażnić językowa prostota i trud z jakim bohaterowie wypowiadają poszczególne słowa.
Oprócz małpiej świty, którą już dobrze znamy nie ma miejsca na charakterystyczne postaci czy idealistycznych bohaterów pokroju Malcolma i Ellie z „Genezy planety małp”. Jest za to ogarnięty nienawiścią do świata i samego siebie pułkownik (w sadystycznej kreacji Woody Harrelson), blondwłosa dziewczynka Nova (Amiah Miller) i groteskowy łysy szympans, który w pierwszej chwili wywołuje skojarzenie z Gollumem.

Zrzut ekranu 2017-07-31 o 18.06.55

Jednak w wyprodukowanym za 150 milionów dolarów widowisku nie o żelazną logikę chodzi. W „Wojnie o planetę małp” akcja wkracza w decydujący moment, w którym nie ma miejsca na sentymenty ani praktykowanie sztuki oratorskiej. To raczej opowieść o przewrotności natury i o tym, że nawet najjaśniejsze serca mogą poddać się ogarniającemu je mrokowi. Zmęczenie i frustracja dopadają poczciwego Caesara. Demony przeszłości i coraz większa bezsilność sprawiają, że on sam również zaczyna wkraczać na niebezpieczną ścieżkę zemsty. Tytułowa „Wojna” toczy się nie tylko na polu bitwy, ale też w umyśle bohatera.

W filmie jest scena, w której jeden z żołnierzy z przerażeniem i nienawiścią wykrzykuje hasła na temat bezmyślności małp i ich chęci mordowania ludzi. Ten sam mężczyzna chwilę wcześniej strzela w plecy uciekającym w popłochu małpim rodzinom.
Trudno nie odnieść wrażenia, że tych kilka filmowych sekund to okrutny komentarz na temat ludzkiej natury.

Nowy film twórcy „Carol” to pochwała dziecięcej wyobraźni. Występują Julianne Moore i Michelle Williams

„Wojna o planetę małp”
Reżyseria Matt Reeves
Premiera 28 lipca
Dystrybucja Imperial – Cinepix

*”Planeta małp” powstała na podstawie powieści Pierre’a Boulle’a z 1963 roku o tym samym tytule